ZAPRASZAMY DO REJESTRACJI C:
 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)

Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   Nie Cze 02, 2013 5:15 pm

Na początku miało to być niczym jednostrzałowiec. Ale po gorliwym dopingu mojego przyjaciela "Weź napisz dalszą część! To jest taaaakie chore!" napisałam kolejne. Powodzenia ze Szkarłatem! I z psychiką! :D

Rozdział I


Światło żółknie powoli, słońce zbliża swoje przyćmione krawędzie do krańca czarnego leśnego horyzontu. Niedługo zrobi się ciemno, a wtedy czas się skończy. Lampy przy jeziorze zapalają się stopniowo nasycając czarną wodę białymi odblaskami sztuczności.
- Widzieli państwo tę dziewczynkę?
Kręcą głowami. Zdjęcie nic im nie mówi. A ona tak boi się ciemności. Tak panicznie się boi…
Czarny las pochyla się nad jeziorem jakby chciał je połknąć, pogrążyć w czerni, uchwycić w swoją liściastą kopułę nie pokazując niczego ze środka światu zewnętrznemu.
- Była ubrana w czarną kurteczkę i niebieskie spodnie.
Kręcą głowami. Ubiór nic im nie mówi. A ona tak boi się być sama. Tak panicznie się boi…
Pozostało już tylko pół godziny do końca dnia. Kolory już powoli spełzają z nieba przygotowując się do całkowitego zniknięcia. Tik, tak, tik, tak. Zegar czasu odlicza ziarna w klepsydrze. Słońce niby pomarańczowa kula najczystszego ognia zbliża się nieubłaganie ku horyzontowi. Czarne drzewa falują i szepczą między sobą gniewnie w języku tak dawno zapomnianym przez ludzi, chcąc je jak najszybciej połknąć.
- Ma krótkie, czarne włosy, śniadą cerę i czerwone, duże oczy.
Kręcą głowami. Wygląd nic im nie mówi. A ona tak uwielbia ciemność i bycie samą. Tak potwornie uwielbia…


Czerń lasu pochłonęła ostatnie blaski słońca. Tylko lampy nad jeziorem rozpościerają jakieś światło. Ale ono tu nie dociera, tu jest tylko las i… dziewczynka.
Chyba każdy ją widział, kiedy tu wchodziła. Zakazała im mówić.
Chyba każdy rozpoznałby czarną kurteczkę i niebieskie spodnie zupełnie niewidoczne w tych ciemnościach. Zakazała im szeptać.
Ale z pewnością każdy zapamiętał tą białą skórę i czerwone oczy lśniące głodem w czerni. Złowieszczo. Czerwień jak krew. Zakazała im choćby pisnąć.
A teraz czeka. Czeka na was. Pospieszcie się. Nie jest bynajmniej cierpliwa.


‘Wiadomości z ostatniej chwili. Znaleziono dwoje turystów z rozszarpanymi gardłami. Ciała wyrzucono na plażę nad pobliskim jeziorem. Turystów zauważyły dzieci. Są pod opieką psychologa. Tak jak poprzednie ofiary, dwójka turystów była posiniaczona na całym ciele, a ranę śmiertelną stanowiło rozszarpane zębami gardło. Trwają poszukiwania zwierzęcia, które mogłoby dokonać tych zbrodni pozostawiając takie ślady. Jednak na razie nawet badania DNA nie dają jednoznacznych wyników. Wiadomo, że to wciąż to samo stworzenie. Więcej na ten temat o godzinie…’
Spiker mówił dalej, ale oni wiedzieli. Nigdy nie znajdą zwierzęcia, bo to nie zwierzę. Wczoraj była u nich. A z resztą ona nie przestanie dopóki się nie znudzi. To jest jej zabawa. I jest głodna.
Eksperyment wymknął się spod kontroli. Milczenie mediów również trudno utrzymać. Kiedyś się dowiedzą. To jest najgorszy scenariusz…


Dzisiaj leśniczy wyszedł jakoś wcześniej. Tak wyszło, po prostu nie mógł już spać. Powietrze było rześkie, idealne na spacer, ale coś mu w nim przeszkadzało. Nie oglądał najnowszych wiadomości, więc nie mógł wiedzieć.
Usłyszał cichy szelest liści w krzakach przy jego ulubionej ścieżce. Zatrzymał się, rósł w nim dziwny niepokój, i wsłuchał w dźwięki lasu. Wszystkie ptaki umilkły, nie słychać było nawet dzięcioła i nagle doszedł do niego oddech. Z tych krzaków po prawo. Krótki, płytki oddech. Osoby, która udaje, że śpi.
Podszedł do krzewu, niepokój rósł z każdą chwilą. Ręce drżały mu, kiedy rozsuwał gałęzie. Cisza w lesie jeszcze się pogłębiła, oddech zdawał się przeobrażać w sapanie dzikiej bestii. Podświadomie bał się, co może zobaczyć.
W gąszczu gałęzi spała mała dziewczynka. Leśniczy odetchnął z ulgą, ale niepokój nie minął. Miała niemal białą twarz i czarne rozczochrane włosy. Ubrana była w czarną kurteczkę i niebieskie spodnie. Odzież wyglądała jak nowa. Niepodarta, nieubrudzona, nienaruszona, niczym prosto ze sklepu. Ale coś było wciąż nie tak, jak powinno. Leśniczy przyjrzał się jej uważniej, serce podskoczyło mu do gardła i odskoczył pośpiesznie od krzewu. Białą twarzyczkę dziewczynka miała umazaną krwią – usta, policzki, czubek nosa lśniły aż szkarłatem.
Nagle coś poruszyło się w tych właśnie krzakach. Leśniczy chciał cofnąć się jeszcze dalej, ale nogi mu się poplątały i upadł na twardą ścieżkę. Odruchowo zakrył twarz ramionami. Niepokój sięgnął zenitu, przerodził się niemal w przerażenie.
Dziewczynka wstała. Przeciągnęła się z uśmiechem na twarzy i ziewnęła. I może wyglądałoby to przesłodko, gdyby nie ta krew na białej dziecięcej buzi. Dziewczynka zdawała się nią zupełnie nie przejmować. Spojrzała przelotnie na leśniczego czerwonymi, hipnotyzującymi oczami. Jak drapieżnik rozmyślający o ofiarach, układający sobie w głowie strategię polowania.
Te oczy… były zbyt duże, za bardzo przypominały kolorem krew na jej twarzy.
- Dzień dobry! – Wykrzyknęła. Ten krzyk wcale nie był miły dla ucha. Brzmiał raczej jak zgrzyt widelca po pustym talerzu.
- Masz interesujący kolor oczu… - Wykrztusił po chwili leśniczy. Zebrał w sobie odwagę i dodał jeszcze pytanie, które nie dawało mu chwili spokoju. – Skąd ta krew na twojej twarzy?
Dziewczynka z udawanym zdziwieniem otarła usta dłonią również umazaną krwią i przyjrzała się swoim palcom. Ale oczy mówiły wszystko. Były głodne. Ale dopiero dzisiaj wieczorem da im okazje. Wczoraj już się najadła.
- Nie wiem! – Skrzeknęła radośnie. – Pewnie ugryzłam się w język. Wbiła w niego spojrzenie czerwonym źrenic. – A zabierze mnie pan do domu? Muszę się umyć i… znaleźć mamę! – Wygięła usta w podkówkę. Ale oczy mówiły wszystko. Były głodne. Nie teraz, poczekajcie do wieczora.
Leśniczy nie potrafiłby jej odmówić. Zbyt mocno się bał. Nie zwrócił uwagi, że między zębami, które nie powinny być tak ostre i podobne do kłów, utkwił kawałek surowego mięsa. A może nie chciał zwrócić uwagi? Był przerażony. Ostatnią rzeczą, którą zrobiłby dziś było rozgniewanie dziewczynki.
Jeszcze nie wiedział, że wieczorem będzie jej szukać, a rano znajdą kolejne ofiary. A za dwa dni sam straci życie. Zaciera po sobie ślady. Oni to wiedzieli. Dzisiaj to ich kolej…
Oczy mówiły wszystko. Była głodna.


Rozdział II


Pierwsze dni były nawet łatwe, ale później zaczęło się prawdziwe piekło…
Eksperymentowali z DNA. Ona nie wiedziała, o co chodzi, kiedy zabierali ją z Domu Dziecka. Mówili coś, że to nie działa na dorosłych i dla dobra kraju muszą spróbować z dziećmi. Nie bała się wcale, tylko była ciekawa. Co teraz się z nią stanie? Na pewno nic bardziej przytłaczającego od jej poprzedniego miejsca zamieszkania.
Obudziła się po narkozie w bardzo białym pomieszczeniu. Musiała zmrużyć oczy, tak bardzo biel ją oślepiała. To wszystko było takie dziwne i rozmazane… Do jej ciała przyłączono mnóstwo rurek prowadzących do różnych aparatur. Nie wiedziała, ile dni już tak leży. W tym pomieszczeniu bez okien można było stracić poczucie czasu.
Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Doktorzy zauważyli malutkie zmiany w różnych odczytach. Nic specjalnego. Jakby nic jej nie robili. Zwiesili głowy ze znużenia. „Zostawmy ją na tydzień obserwacji, później zobaczymy. Może to coś da?” Ale nie wierzyli w to za bardzo. Nie wierzyli w nic, czego nie zobaczyli lub czego nie podsunięto im tego na zadrukowanej dziwnymi odczytami kartce.
Ale dziewczynka już poczuła zmiany. Coś siedziało w jej głowie. W ciemnych zakamarkach umysłu lśniły czerwienią wyłupiaste oczy. Schowało się, nie jest gotowe by wyjść. Jeszcze nie. Musi urosnąć, stać się silniejsze i wtedy to zobaczy. Dziewczynka bała się tego. Czerwone oczy ją obserwowały i pilnowały. Słyszała ciężki, miarowy oddech tego. Bała się coraz bardziej.
Po dniu leżenia mogła wstać i usiąść. Wczoraj dostała jedzenie. Stwierdzono, że może jeść normalnie. Na białym talerzu leżało piure z ziemniaków, które tak bardzo zawsze lubiła. Ale poczuła do nich dziwne obrzydzenie. Nie potrafiła zmusić widelca w dłoni, żeby nabrał choć trochę jedzenia. Tak samo z surówką marchewkową. A była tak głodna… Za to zamroczyło ją, kiedy zobaczyła kotlet. Nie potrafiła powstrzymać dłoni. Zjadła mięso w dwóch gryzach. Posmak miło pieścił język. Chciała jeszcze, wciąż była głodna, jakby nic nie jadła, ale nie odezwała się. Niedługo stąd wyjdzie i naje się do syta.
Nawet nie wie jak dużo prawdy zawarte jest w tej myśli…
Dnia dzisiejszego poczuła nagle coś dziwnego w buzi. Wypluła to i krzyknęła ze strachu. Wypluła swoje własne zęby! Jeszcze mleczaki, nie urósł jej żaden stały, ale… Przejechała ostrożnie językiem po dziąsłach. Na miejscu jej małych dziecięcych ząbków, które razem ze sporą ilością śliny leżały przed nią na białym prześcieradle, wyczuła coś ostrego. Jakby kły. Przestraszyła się jeszcze bardziej i znowu krzyknęła. Naraz zbiegło się kilku doktorów i również oniemiało na ten widok. Zabrali stare prześcieradło, założyli nowe i wybiegli. Jeden doktor spojrzał do buzi dziewczynki. Nie zauważył tego, co dziecko wyczuło językiem. Zęby jak zęby. Jeszcze słabo je widać, ale za kilka dni z powodzeniem zastąpią mleczne. Wzruszył ramionami i wyszedł.
Dziewczynka została znowu sama. Zimne nowe prześcieradło przykrywało jej nogi. A czerwone oczy obserwowały coraz mocniej. Z cienia wyłoniły się pazury. Jeszcze czarne, ale błyszczały wściekle czerwienią odbijającą się od ślepi. Nie widać było nic poza tym, ale dziewczynka poczuła, że to się uśmiecha. Jest coraz silniejszy. Zadrżała. I wtedy zorientowała się, że nie pamięta jak ma na imię. Przeraziła się. Przecież każde dziecko pamięta swoje imię..! Dlaczego nie potrafi sobie przypomnieć?!
Z jeszcze większym przerażeniem uświadomiła sobie, że mogła zapomnieć jeszcze więcej. Przeczesała pamięć poszukując wspomnień. Nic. Tylko jedno. Tak wyraźne. To, którego wymazanie zajęło tyle czasu… Powróciło ze swoimi potwornymi szczegółami.
-Nie. – Szepnęła. Tyle razy już to widziała. Nie chciała do tego wracać. To tak boli. – Nie!
Stwór w jej głowie uśmiechnął się szerzej. Czerwień stała się jeszcze bardziej wyraźniejsza…
Wtedy, kiedy zabili jej rodziców. Stało się to rok temu. Przyszedł pacjent taty. Tata był psychologiem. Nie pamięta, jak się nazywał. Ale pacjent miał na imię Artur. I uciekł. Przyszedł do ich domu. Wziął nóż. Tata mu pomagał, ale pan Artur miał mętlik w głowie. Pan Artur się bał. Pan Artur był przerażony…
I ciął. Mama krzyczała. Tata krzyczał. Szafki w przedpokoju krzyczały czerwienią. Wszystko krzyczało czerwienią. Nóż. Twarz pana Artura. Wszystko. A ona stała w swoim pokoju i, kryjąc się za rogiem, patrzyła. Bała się. Może nawet bardziej niż pan Artur. Zielony, spokojny do tej pory dywan krzyczał czerwienią. A ona patrzyła. Nie miała siły by chociażby uciec.
Mama przestała krzyczeć i oddychać. Nie przypominała już mamy, którą dziewczynka znała. Tata tak samo. Stali się czerwienią, a czerwień jest obca. Ale i zachłanna… Pan Artur spojrzał na mamę i upadł. Spojrzał na tatę i podniósł nóż do gardła.
Więcej czerwieni dziewczynka nie chciała widzieć. Ukryła się w pokoju i zamknęła oczy, a potem…
Nie pamiętała już nic. Tylko czerwień.
Stwór uśmiechał się. Miała wrażenie, że pysznie się bawi. On kochał czerwień. Dziewczynka zaczęła go poznawać. Wciąż się bała, ale wiedziała, że nie zdoła go wypędzić. Musi z nim żyć. A skoro on wybrał ją to znaczy, że był tak samo samotny. Zaczęła nadawać stworowi uczuć, których nie posiadał, wspomnień, których nie przeżył, miłość, której nie doświadczył. On się cieszył. Bo powstał w niej. Był tam już dawno, ale teraz przejmował kontrolę. Chciał czerwieni.
Jego oczy mówiły wszystko. Były głodne. Ale czekał na odpowiedni moment. Wtedy przejmie dziewczynkę i się naje. Będzie wolny. Czekał. W końcu nadejdzie ta chwila.

Dziewczynka tego nie widziała, ale jej niebieskie oczy stały się fioletowe. A wokół źrenic błyszczały czerwone drobinki. Niedługo coś będzie czekało. A tymczasem dziewczynka odstawiła kolejną kanapkę. Nie potrafiła jej zjeść. Ale była wciąż głodna…
Poczekaj, dziecko, już niedaleka droga, a się nasycisz. Tak, że później będziesz żałować, że kiedykolwiek mogłaś patrzeć na świat tak jak teraz…

Głooodnyyy…



Rozdział III

- Dziecko, wracaj do łóżka. – Wychrypiał John. Pracował dla rządu od ponad trzydziestu lat. Ale nie pamiętał jeszcze, żeby bał się aż tak. Ręce mu drżały. Zauważył, że nie jest w swoim strachu sam. Inni również odsuwali się od dziewczynki. Miała zamknięte oczy i grymas uśmiechu na twarzy. Główką w czarnych kołtunach włosów poruszała to w prawo, to w lewo, jak dziecko mówiące wyliczankę, aby wybrać sobie rodzaj cukierka. Niemal słyszał słowa wyliczanki. Zresztą jedynej, którą pamiętał z dzieciństwa. Eme due…
Nagle dziewczynka otworzyła oczy. John cofnął się jeszcze dalej. Czuł za sobą zimno ściany. Przełknął niespokojnie ślinę. Oczy… Miały kolor czerwony. Nieprawdopodobnie czerwony. Tak czerwony jak… jak krew. Źrenice okolone szkarłatem zwęziły się, ich wzrok padł na Johna. Dziewczynka zrobiła krok w jego stronę. On znów się cofnął, przylgnął do ściany całą powierzchnią ciała. Otarł pot z czoła i przez przypadek strącił z nosa okrągłe okulary. Upadły z nieznośnym trzaskiem na podłogę, szkła pękły. Odruchowo chciał po nie sięgnąć. Ta chwila nieuwagi wystarczyła.
Dziewczynka wyszczerzyła kły w grymasie radości.

Zdrzemnęła się. Sen przedstawiał kilka obrazów. Najpierw czerń. Dziewczynka czuła, że coś obserwuje ją z tej ciemności. Kolor był niemal namacalny. Otulał drobne, wychudzone ciałko gęstym kokonem. Słyszała urywany, ciężki oddech stwora. Był tu. Jego obecność, tak oczywista jak kolor wokół niej, przytłaczała. Oddech zdawał się dobiegać zewsząd. Raz był blisko, czuła jego ciepło na karku. Potem niespodziewanie przenosił się dalej. Dziewczynka myślała, że zaraz zwariuje. Dźwięki zdawały się zlewać, czerń dygotała jak pan Artur miotany przedśmiertnymi konwulsjami.
Nagle czerń pękła na środku tworząc biały uśmiech. To był uśmiech potwora. Usłyszała jego rechot. Przeraziła się. To był jej głos. Jej rechot! Wyszczerzone kły uśmiechu stwora otworzyły się i, zdawałoby się, połknęły dziewczynkę. Biel zawładnęła czernią bardzo szybko. Zbyt szybko. Mimo, że kolor dawał ukojenie wciąż czuła na sobie spojrzenie tego. Przez jasność, jak przez kartkę, zaczęła przeciekać czerwień. Szkarłat spływał gęstymi kroplami i na jedną krótką chwilę utworzył słowo, którego dziewczynka nie znała.
VERMICULO
Później czerwień wymknęła się spod kontroli i w jednej chwili pokryła wszystko rubinowymi mackami. Dziewczynka spojrzała na swoje ręce, poczuła, że otula ją coś ciepłego i lepkiego. Całe dłonie miała umazane w szkarłacie. Przeraziła się strasznie. Ręce trzęsły się niepohamowanie, a z gardła wydobył się długi jęk. Niespodziewanie czerwony grunt zniknął spod jej stóp i spadła. A wszędzie wciąż ten sam kolor. Chciała się przed nim schować. Nie widzieć nigdy więcej.
Oddech stwora zbliżał się, a ona spadała coraz dalej. On chichotał, słyszała go za plecami. Nagle poczuła zimne pazurzaste szpony na wątłych ramionach. Odwróciła się. Widziała tylko czerwone ślepia wpatrzone w nią niczym w zwierzynę i białe, wyszczerzone w uśmiechu, kły. Ale oczy… Oczy mówiły wszystko. Był głodny.
Obudziła się. Wokół panowała ta sama biel, co wcześniej. Serce bilo jej szybko, broda drżała. Przygryzła wargę, przeszył ją sztylet bólu. Po brodzie pociekło coś ciepłego i mokrego. Poczuła słodki smak w buzi i… Nie potrafiła tego powstrzymać. Zlizała zachłannie krew i wyssała do ostatka z rany na wardze. Ten smak! Słodycz rozlała się po całym jej ciele. Mimowolnie uśmiechnęła się z rozkoszy, lecz uśmiech szybko spełzł jej z twarzy. Pobladła.
Zastygła w bezruchu. Przejechała językiem po zębach, których jeszcze nie powinno być. A jednak. Na miejscu dziecięcych mleczaków wyrosły w czasie jej snu nie zęby, lecz prawdziwe kły. Ostre, długie kły. Nie jak u człowieka, raczej wilka a nawet czegoś jeszcze gorszego i bardziej złego. Czegoś, co przedstawiło się szkarłatem, jako Vermiculo.
Stwór wychynął z czerni. Rubinowe oczy błyszczały radośnie na tle ciemnej sierści stwora. Był to ten rodzaj radości, który nie wywołuje na twarzy uśmiechu tylko grymas. Pod ślepiami mieniły się bielą ostre kły. Ale biel potrzebuje wypełnienia kolorem. Stwór wie, jaki to kolor. On go pragnie, czeka. Jednak ta barwa próbuje przed nim uciec. A dziewczynka jeszcze nie wie, że to tylko taka wielka zabawa w chowanego jednej kolejki. Nie ma wygranego są tylko przegrani. A ich liczba zależy tylko od tego jak długo będzie trwała gra.
Stwór szuka upragnionego koloru, dziewczynka nie rozumie, że bezwiednie bardzo mu w tym pomaga. Barwa wie, że długo nie będzie potrafiła się chować. Dziewczynka już poznała jej słodki smak. Będzie pragnąć jeszcze więcej…
- Vermiculo, tak masz na imię, tak? – Rzuciła w przestrzeń bieli. Nie oczekiwała odpowiedzi. Głos miała szorstki, dziwny i strasznie beznamiętny. Nie zależało jej nawet na odpowiedzi.
- Tak. – Jedno słowo jakby ktoś zgrzytał widelcem po pustym talerzu. Dziewczynka skrzywiła się, Vermiculo mówił w jej głowie.
- Kim jesteś?
- Przyjacielem.
- Po co?
- Dla ciebie.
Wiedziała, że kłamał. Jej podświadomość krzyczała „Nie ufaj mu!”. Jednak była zmęczona i głodna. Chciał poczuć słodki smak jeszcze raz. Tak bardzo tego pragnęła. Czuła, że stwór może to jej dać. Więc uwierzyła.
- Co muszę zrobić?
- Myśl o kolorze.
Nie musiała pytać, o jaki kolor chodzi. Zobaczyła go bardzo szybko. Uśmiechnęła się z rozmarzeniem. Jej czerwone już oczy zaświeciły w bieli pomieszczenia. I natychmiast wszystko się urwało. Osunęła się w szkarłatną przepaść, pławiła się w czerwieni, otaczała rubinowymi kroplami. A stwór uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dziewczynka oderwała od siebie wszystkie rurki i przewody. Wstała niepewnie chwiejąc się delikatnie. Czarne potargane włosy otaczały głowę strąkami. Skóra przypominała odcieniem białą szpitalną bluzkę, którą miała na sobie. Oczy lśniły chwilę, później przykryły je powieki. Natychmiast do sali przybiegli doktorzy.
Stwór się śmiał, chichotał, zwijał, rechotał i krzyczał z demonicznej uciechy. Jego głos był ostatnim, co doktorzy słyszeli. A czerwień oczu ostatnim, co zdążyli zobaczyć.


Kolejne trzy rozdziały za jakiś czas! ^^
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   Nie Cze 02, 2013 5:54 pm

Bo nie nakierowali ją odpowiednie. Powinna swego demona nie kontrolować, nie niszczyć bo tego się nie da, lecz ukierunkować go na zabijanie mniej pożytecznych. :"D
A to ja powiem, ze mi się podoba i zaiste kończenie byłoby niewybaczalne!
A no i czekam na dalsze części~
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   Nie Cze 02, 2013 6:14 pm

Dziękuję... *wstydzioszek xD*
Więc porcja kolejna! ^^


Rozdział IV

Gwałtownie obudziła się z czerwonego snu. Ale dlaczego wciąż widzi tylko ten kolor. Czyżby wciąż spała? Przetarła oczy. Obraz jeszcze bardziej zamazał się czerwienią. Bolała ją szyja. Zasnęła opierając się o ścianę. Ale czy na pewno..? Podniosła się i ziewnęła przeciągle. Zaczęła mrugać i jej wzrok wreszcie się wyostrzył i zobaczyła… Osunęła się z powrotem na ziemię. Nogi się pod nią ugięły, a ręce drżały.
- Nie… - Pisnęła cicho. Słowo odbiło się od białych niegdyś ścian i przetoczyło się krwiożerczą falą pełną „nie” po całym pomieszczeniu. – Nie!
Koszmar się powtórzył. Rozglądała się rozszerzonymi oczami po pokoju. Wszystko tonęło w czerwieni. Ściany były pokryte makabrycznymi rozbryzgami, śladami dłoni rozmazanych szkarłatem. Nawet sufit został nimi obryzgany. „Próbowali uciekać.” Próbowali. Stłuczona lampa swoim migającym światłem ukazywała kształty ciał, niby rubinowe wysepki na równie rubinowym morzu. Kiedyś białe fartuchy odsłaniały rozszarpane gardła, podrapane twarze, zdartą skórę z przedramion. „Próbowali walczyć.” Próbowali. Niewidzące, zamglone śmiercią oczy spoglądały na sufit lub wprost w podłogę. Stłuczone okulary lśniły wśród czerwieni.
Dziewczynka cofała się wzdłuż ściany, tarzając się w przerażeniu we krwi. Ciał było około dwudziestu. Wszyscy doktorzy i pielęgniarki, a nawet sekretarka. Nie wiedziała, że ona również jest cała w szkarłacie. Że ją naznaczył on nawet bardziej i wyraźniej. Pomiędzy ostrymi zębami pozostały kawałki mięsa, za paznokciami tkwią wciąż fragmenty naskórka i skóry. Włosy posklejane przez krew i pot stoją w strąkach. Czerwone, rozszerzone w przerażeniu oczy błyszczą w przerywanym świetle lampy. Twarz jest niemal cała szkarłatna od krwi.
Cofając się gorączkowo natrafiła dłonią na jeszcze ciepłą rękę trupa, niejakiego Johna, jego okulary leżały kawałek dalej. Krzyknęła przestraszona, poślizgnęła się na jego krwi, straciła równowagę i upadła wprost w kałużę szkarłatu. Zaczęła wrzeszczeć z panicznego strachu, łzy popłynęły niekontrolowanie z czerwonych oczu. Drobne, drżące dłonie zacisnęły się na kołtunach włosów z całej jej dziecięcej siły. Chciała sprawić sobie ból. Ból pomaga. Po dłuższej chwili głos jej ochrypł i zamienił się szloch.
Nagle poczuła jego obecność. Vermiculo. Lampa zgasła natychmiast, a raczej z hukiem zamieniła się w skrzący się szklany proch. Tylko kilka kabli wystawało z sufitu. W rogu pokoju najbardziej oddalonym od dziewczynki zapanowała ciemność. Morze krwi skontrastowane tą czernią dodało makabryczności ciałom podkreślając każdy ich kontur, przez co czerwień stała się jeszcze bardziej rażąca. Niespodziewanie na tle czerni pojawiły się szkarłatne oczy. Były zadowolone, nasycone, złowieszcze. Zaraz za nimi pojawił się uśmiech, wyszczerzone kły, przeraźliwie białe. Nie, nieprawda. Kły były umazane w krwi. Kły były czerwone. Z cienia wychynęły dalej rubinowe pazury i nastroszona, czarna sierść. Łapy z gracją omijały ciała nurzając się w szkarłacie, którego nagle przybyło. Zbliżał się, a cień razem z nim.
Dziewczynka przestała płakać. Spojrzała na niego bez przerażenia. Jego znała. Nie był niczym nowym. To tego pomieszczenia nie poznawała. Nie poznawała tego swoistego więzienia, w którym spędziła tyle godzin. A tak w ogóle, to ile? Jak długo już tu jest? Nie pamiętała. Nic. Po prostu długo. Jeżeli to prawda. Wszystko mogło być jednym wielkim kłamstwem wysnutym przez niego. Dlaczego ma mu wierzyć..? Ale i tak wierzy. Twarz jej stała się pusta, a potem szkarłatne oczy przymrużyły się w nieokiełznanej złości.
- Vermiculo! Co ty zrobiłeś?!
- To, czego chcieliśmy. Oboje. Posiliłem się. Nie czujesz tego? – Jak pisk pazurów po tablicy. Przerażenie powróciło. Przejechała językiem po zębach. Poczuła ten niesamowicie słodki smak, tak niepowtarzalny. Poczuła kawałki mięsa. Wreszcie zdała sobie sprawę z tej dziwnej sytości, która ją ogarnęła. Powinno jej się zrobić niedobrze, ale… Nie. Po prostu nie potrafiła.
- Ja ich zabiłam?
Spytała ciszej i bez tej złości, co poprzednio. Zero odpowiedzi. Vermiculo patrzył się na nią przenikliwie szkarłatnymi oczami. One same były odpowiedzią. Ale ona chciała to usłyszeć.
- Odpowiedz! Ja ich zabiłam?
Złość powróciła. Jednak wciąż to samo. Uśmiechnął się tylko szerzej ukazując więcej ostrych niczym sztylety, umazanych szkarłatem kłów.
- Ver..!
- Czy to nie oczywiste? Ja ci tylko trochę pomogłem. – Jego nieprzyjemny głos ociekał sztucznością i podłością godną oszusta lub zdrajcy. Do wyboru. Gra się rozkręca. – Jestem przecież twoim przyjacielem. Umrę, jeśli nie będę jeść…
- To umieraj! – Dziewczynka w akcie desperacji krzyknęła plując mu w pysk resztkami mięsa i krwią. – Żryj ziemię! Zdychaj! Słyszysz?!
- Ale ty umrzesz razem ze mną. A zobacz ilu zabiłaś. Do nieba nie przyjmują raczej morderczyń, parvulae.
Cisza. Dziewczyna zastygła w przerażeniu i tak jeszcze dziecinnym zdziwieniu. Nie myślała o śmierci. Nie pamięta, czy po zamordowaniu rodziców i samobójstwie pana Artura zastanawiała się nad nią, ale miała pełne przeświadczenie, że nie. Vermiculo nie oszczędziłby jej takich wspomnień. Teraz dopiero sprawił, że te myśli narodziły się w jej dziecięcej głowie i kłębiły się, i narastały. Otwierały drzwi do zupełnie innego świata. Bez tych radosnych kolorów, które tak lubiła. Bez żółciutkiego słońca z prostymi promyczkami, żółtego domku z brązowym dachem, niezdrowo zielonej trawy. Świat za tymi drzwiami był namalowany tylko trzema kolorami.
Czerń. Zło. Źli ludzie, zła trawa, złe domy.
Szkarłat. Krew. Ludzie oblani krwią, trawa ochlapana krwią, domy w krwi zanurzone.
I plamki bieli. Puste miejsca do zapełnienia przez czerń i szkarłat. Jeszcze neutralni ludzie. Jeszcze czysta trawa. Jeszcze porządne domy.
Bała się tego świata. Bała się do niego wchodzić, ale przecież już weszła. Potężne drzwi zamknęły się za nią i zaraz zniknęły pochłonięte przez zachłanne ramiona czerni. Wprowadziły ją w ten świat szkarłatne ślepia Vermiculo. Dała się tak łatwo wprowadzić. Nie ma ucieczki. „Ale przecież byłam taka głodna, ja chciałam tylko..!” Ucieczka oznacza śmierć. A śmierci boi się jeszcze bardziej. Napawa ją ona zwierzęcym niemal przerażeniem.
Wstała z podłogi omijając ostrożnie ciało Johna. Vermiculo błysnął jeszcze raz swoimi ślepiami i zniknął, a razem z nim cień. Wszystko było tak, jak wcześniej, tylko zamiast lampy pozostały tylko zerwane kawałki kabli wystających z sufitu. Potwór zniknął z jej oczu, ale czuła jego obecność. Ukrył się w innym cieniu, w jej głowie. Ale jest, ale patrzy. Przez cały czas. Wodzi szkarłatnymi oczyma za każdym jej ruchem.
Krew kapała z jej koszuli. Krople spadały z pluskiem do kałuż czerwieni. Patrzyła chwilę na to nieobecnie. Spojrzała na swoje brudne dłonie podnosząc je do oczu.
- Muszę się umyć. – Suchość i jakby oczywistość tych słów powinny by przestraszyć dziewczynkę, ale teraz nie była sobą. Wykonywała każdy ruch mechanicznie, bez ducha, bez zastanowienia. Odwróciła się w stronę otwartych na oścież drzwi. Bose stopy maczały się w kałużach krwi. Nie myślała. Musi wykonać prostą czynność. Umyć się, przebrać w coś czystego i wyjść stąd. Jak najszybciej.
Wyszła na korytarz. Tu też leżał jeden. Chciał uciekać. Rozszarpane gardło wyzierało spod podartego fartucha. Białe ściany korytarza były naznaczone jego krwią. Na podłodze rozlał się jego szkarłat i pozostały ślady stóp. To na pewno ona, była tu. Jego oczy były tak samo puste jak i innych.
Dziewczynka prześlizgnęła się po nim spojrzeniem i przeszła obojętnie nad zwłokami. Wzrokiem szukała drzwi. Rozłożyła ręce tak, aby móc dotykać palcami obydwu ścian wąskiego korytarza. Próbowała stawiać stopy w linii prostej i idąc tak, jak akrobata na niewidzialnej linie, szukała. Palce w zetknięciu ze ścianą zostawiały na niej czerwone pasma. Natrafiła na drzwi, zerknęła ostrożnie do środka. Biuro. Następne drzwi. Również biuro. Kolejne. Pusty, biały pokój z łóżkiem po środku, bliźniaczo podobny do tego, w którym była ona. W końcu któreś z kolei drzwi okazały się być łazienką. Obok niej była jeszcze szatnia. Jak miło. Jak pomyślnie.
Białe kafelki, rząd białych umywalek, a nad nimi lustra. Obok każdej umywalki znajdował się wieszaczek z białym ręcznikiem. Dziewczynka zawahała się zanim podeszła do lustra. Co w nim zobaczy? A co w ogóle spodziewała się zobaczyć? Dreszcz przebiegł jej po plecach.
- Jak ja wyglądam? – Szepnęła niemal niedosłyszalnie, jednak słabe echo złapało nawet ten szept w swe sieci i powtórzyło jak cień „jak, jak, ja…” i dorzuciło jeszcze cienkie „wyglądam..?”.
„Jaki mam kolor oczu?” – Myślała dziewczynka. – „Co lubię? I… kim ja tak właściwie jestem?”
Jak podstępny kot zamruczał jej w głowie złowieszczy głos Vermiculo: przyjacielem, parvulae… Chyba pamiętasz? A może zapomniałaś? Całe twoje życie przepadło? Jak to? To przecież niemożliwe… A czyja to wina? Czyja?!
Bez spoglądania w lustro umyła się namoczonym ręcznikiem i wyszukała w szatni najmniejszą, białą, kobiecą bluzkę z krótkim rękawem. Nie ważne, że tonęła w niej, ważne, że była czysta. Dopiero wychodząc z szatni przez przypadek zerknęła w lustro. Oczy rozszerzyły się w przerażeniu, usta wygięły się w podkówkę, po policzkach zaczęły płynąć łzy. Pisnęła cicho i uciekła.
Dziewczynka mijała białe drzwi, białe korytarze i wszędzie widziała tę twarz. Mokre czarne włosy okalały wychudłą trupiobladą twarzyczkę już nie dziecka. Potwora. Wielkie czerwone oczy lśniły zachłannie, a białe kły wyzierały z grymasu, który miał być w zamyśle autora uśmiechem. Chyba coś nie wyszło. „Nie, to nie mogę być ja! NIE!” Ale twarz była bezlitosna. Wynurzała się zza każdego zakrętu, przyglądała się zza każdych drzwi, wyłaniała się ze ścian brocząc szkarłatem. Zmieniała się w szarłat. BYŁA szkarłatem.
Nagle wypadła z budynku na nocny mrok. Księżyc nie świecił, schowały go chmury strzegąc zazdrośnie przed oczami ludzi. Ale czy ona była wciąż człowiekiem? Przed nią rozciągał się ciemny las odgrodzony siatką, jednak stalowa furta była otwarta.
Wkroczyła niepewnie w rzędy drzew. Mrok ogarnął ją zupełnie. Ale czuła się w nim dobrze. Nie musiała na siebie patrzyć. To było ważne. Dźwięki lasu i mieszkających w nim zwierząt zagłuszyły szybkie bicie serca. Tu było jej dobrze. Drzewa mówiły jej swoje ciche „witaj” każdym delikatnym szeptem nocy…


Rozdział V

Minęły już trzy dni.
Nie jadła nic. Zupełnie. Usta jej popękały, leżała wśród krzaków na małej polance, nie miała siły na nic. Posiniaczone ręce ułożyła wzdłuż ciała. Oddychała płytko, z wysiłkiem. Wpatrywała się wyblakłymi szkarłatnymi oczami w niebieską plamkę nieba pomiędzy gałęziami. Tak zielono. Tak zimno. Przed oczami pojawiały się plamy szkarłatu. Tak bardzo chciała ich dosięgnąć. Już niemal czuła ich słodki smak. Smak krwi. Ale to była tylko iluzja. „Tak bardzo głodna…”
- Nie. – Wyszeptała słabym głosem. – Nikogo więcej nie zabiję.
Z resztą nie miała nawet kogo. W lesie nie pojawiał się nikt. Nawet zwierzęta omijały jej kryjówkę. W nocy słyszała ich szelesty, ale nigdy się nie zbliżały. Chyba podświadomie się jej bały. Nawet ptaki nie śpiewały na drzewach zbyt bliskich potworowi. Bo czymże teraz się stała? Czym innym jak nie potworem? Nie, to nie ona. Potwór siedzi w jej głowie. I właśnie zdycha. Umiera. Po tym jak zdążył zamordować około dwudziestu osób. Teraz on umiera. „A ja wraz z nim…” Pamiętała słodycz krwi w ustach. Słodycz zapierająca dech w piersiach, słodycz z delikatną metaliczną nutką. „Tak bardzo głodna…”
- Czyżbyś była głodna? – Głos rozbrzmiał w jej głowie z tym samym piskiem, lecz był słabszy. Jednak tą ułomność umiejętnie maskowała ironiczna troska. – Och! I co my teraz zrobimy? Ojejku… Przecież ty umierasz! I co teraz będzie?
Nienawidziła go za to. Nienawidziła go za wszystko. „Zdychaj, zdychaj! Cholero jedna!” Nie miała siły by cokolwiek powiedzieć. Nagle Vermiculo zaczął się śmiać. Dyszał z wykończenia, ale wciąż rechotał złowieszczo. Jego parodia śmiechu rozchodziła się echem niemal po całym lesie. Przynajmniej tak się wydawało umierającej dziewczynce. Tak, ona umierała. A on wraz z nią.
- Poczekaj jeszcze chwilę, parvulae… Jeszcze tylko chwila!
I niemal jak na potwierdzenie tych słów rozległ się szelest. Potem drugi. I odległe wycie. Dziewczynka poczuła całym ciałem zapachy zwierząt. Nie mogła powstrzymać oblizania suchym językiem suchych ust. Wyraźnie czuła dwójkę drapieżników i ofiarę. Nie, to niemożliwe… Ofiara była ranna. Krwawiła. W nos dziewczynki uderzyła słodka woń szkarłatu. Zmysły jej się wyostrzyły. Odruchowo obróciła głowę w stronę szelestów. Oczy jej zabłysły… nadzieją na jedzenie.
- Nie! Nie mogę zabić nikogo więcej! – Krzyknęła słabo, z rozpaczą. Wiedziała, że przegrywa tę walkę. Szelesty zbliżały się. A ona wpatrywała się w ich źródło. Widziała już szare łby dwójki wilków. Przecinały zieleń z potworną szybkością, zbliżały się. Goniły upragnioną zdobycz, młodego jelenia. Zaczątki poroża lśniły złoto w przesiewanym przez liście świetle słońca. Z jego jeszcze delikatnie cętkowanego prawego boku ciekła krew. Tak smakowicie szkarłatna. Tak pięknie pachnie…
Wilki zauważyły potwora leżącego w zieleni, zatrzymały się gwałtownie i uciekły skomląc. Wilki są mądre. Wiedziały, że nie warto ryzykować życia. Oczy dziewczyny były głodne. Tak strasznie głodne. Jednak młody jeleń siłą rozpędu wypadł spomiędzy drzew prosto na fragment polanki pomiędzy krzakami. Niemal prosto przed nos potwora.
Dziewczynka już nie była sobą. „Tak głodna, tak głodna!” Złapała posiniaczoną dłonią za racicę jelenia i niemal natychmiast przekręciła ją z oszałamiającą siłą w prawo. Rozległ się głuchy trzask i jeleń z jękiem przerażenia i bólu upadł na ziemię. Kość pękła tuż pod kolanem i przebiła brązowozłotą skórę barwiąc ją odcieniami szkarłatu. Jeleń wierzgał w bólu próbując wstać. Dziewczynka wstała natychmiast z okropnym grymasem, który miał udawać uśmiech. Bezsilność zniknęła wraz z pierwszą wonią krwi.
Podniosła dłoń do ust i oblizała palce z rozkoszą. Skrzywiła się. Krew zwierzęca nie jest już tak dobra jak ludzka, ale na pierwszy głód będzie musiała wystarczyć. Dziewczynka otworzyła usta naszpikowane ostrymi kłami. Biel czekała na wypełnienie. Zbliżyła się do szyi jelenia jednocześnie przytrzymując mu łeb. Czuła na twarzy jego niespokojny oddech. Czuła wokół niego gorzki zapach przerażenia i trochę słodszy, bólu. Spojrzała w jego przestraszone oczy łypiące na nią białkami. Zobaczyła w nich siebie. Ten grymas, te oczy… świecące szkarłatem, świecące głodem. Zamarła.
- Nie. Nie mogę cię zabić! – Krzyknęła łamiącym się, schrypniętym głosem. - Nie mogę! Nie potrafię!
Nogi się pod nią ugięły i upadła na ciepłą od krwi jelenia ziemię. Puściła jego łeb i schowała twarz w dłoniach. Czuła na nich zapach. Znów uśmiechnęła się złowieszczo i podniosła głowę. Jednak wystarczyło, że spojrzała na przerażone oczy jelenia i grymas spełzł z jej ust. Zastąpiła go natychmiast rozpacz. Dziewczyna walczyła ze sobą, ze swoim głodem i z Vermiculo. A on śmiał się. Widziała jego szkarłatne oczy i obrzydliwie wyszczerzone kły.
- Przegrasz! – Wykrzyknął w uciesze i znów zaczął rechotać. Od tego śmiechu ręce dziewczynki zatrzęsły się w strachu, a po plecach przeszedł ohydny dreszcz.
- Nie! Nie przegram! Uciekaj! – Krzyknęła do jelenia. Mimo, że zaprzeczyła wiedziała. Przegrywa. Chyli się ku przepaści, szkarłat nie każe się dwa razy znajdować. Raz odkryty zaplami życie na zawsze. Gra w chowanego nigdy nie była tak bardzo niebezpieczna. Jeden krok grozi śmiercią… innych. A powstrzymywanie siebie i głodu prowadzi do paskudnej śmierci. Długiej, bolesnej. – Uciekaj mówię! Spadaj! No już! UCIEKAJ W CHOLERĘ GŁUPI JELENIU!
Zwiesiła głowę. Jeleń nie miał już sił na ucieczkę, nie był w stanie się podnieść, krwawił. Przypatrywał się dziewczynce. Nagle jej ramiona się zatrzęsły. Zaraz potem zwierzę usłyszało piskliwy chichot. Przestraszyło się jeszcze bardziej. Wierzgnęło racicami i poczuł kolejną falę bólu od zranionego boku i racicy. Chichot przeszedł w rechot, a ten z kolei w przeraźliwy wybuch śmiechu. Jeleń w życiu się tak nie bał. I już nigdy się bać nie będzie. To ostatni dzień jego krótkiego życia.
Dziewczynka odrzuciła włosy do tyłu i wstała. Potem wszystko stało się w ułamku sekundy. Tak, żeby jeleń cierpiał jak najmocniej. Żeby bolało jak najdłużej. A szkarłatne oczy napełniały się blaskiem. Smak nie był tak dobry, ale nie można wybrzydzać, prawda? Jak się coś dostaje za darmo, to nie wolno grymasić. Trzeba ładnie podziękować i wykorzystać w stu procentach nadarzającą się okazję.
To był najgorszy dzień z życia jelenia. A dziewczynka przegrała po raz pierwszy. Ale to przecież nie koniec. Zabawa dopiero się rozpoczyna! Venatus nie kończy się tak szybko. Tak! Poganiajmy się jeszcze ze szkarłatem! Dajmy ofiarom jeszcze trochę nadziei! Będzie zabawa! Na tym polega venatus. Na tym polega mundi…


I rozdział szósty (6 stron w Wordzie...), który zepsuł światopogląd mojego przyjaciela xD


Rozdział VI

Pomiędzy drzewami błyskały czarne włosy. Pomiędzy liśćmi lśniły szkarłatne oczy. To drapieżnik goni swoją ofiarę. Już nigdy nie doprowadzi siebie do takiego głodu. Od tamtego incydentu poluje codziennie, w nocy. Na drobną zwierzynę: wiewiórki, ptaki, a czasami nawet na lisy i wydry. Nie bawi się jedzeniem, nauczyła się już, że to boli. Musi żyć taką, jaką jest. Ale do tej pory w nocy śni jej się ten piękny smak i perlisty kolor… ludzkiej krwi. Zwierzęca nigdy jej nie dorówna. Nigdy.
Dzięki swojej przemianie uzyskała też kilka korzystnych cech. Poprawił jej się słuch, węch i wzrok. Nigdy nie używała takiej pełni wszystkich tych zmysłów. Ale stała się też o wiele silniejsza i szybsza. Bez trudu wdrapywała się na drzewa zaraz za wiewiórkami, doganiała każdego lisa. Teraz dużo bardziej przypominała zwierzę niż człowieka. Możliwe, że zapomniałaby nawet porozumiewania się gdyby nie te conocne rozmowy z Vermiculo. Nie wyduszał z niej informacji, nie rozkazywał, zaczęła już niemal lubić jego głos. Stał się jej jedynym przyjacielem. A dziewczynka go zaakceptowała, jako część samej siebie. To on poradził jej, żeby nie pozostawała w jednym miejscu, tylko cały czas się przemieszczała. Ludzie mogliby się nią zainteresować ze względu na TO. Tyle czasu już minęło, tydzień, może dwa? Ktoś już musiał TO zobaczyć.
Dziewczynka odbiła się nagimi stopami od chropowatej kory drzewa i dosięgła zębami gonionej wiewiórki. Zwierzątko wyrywało się i drapało ją w twarz drobnymi pazurkami. Niemal białe ręce dziecka złapały wiewiórkę za głowę i szyję. Rozległ się nieprzyjemny trzask. „Tak będzie łatwiej dla mnie i dla ciebie, malutka”. Dziewczynka usiadła na mokrawej trawie, zatopiła zęby w karku zdobyczy i chłeptała powoli ciepłą krew. Szkarłat zwierzęcia miał nieprzyjemny, cierpki smak. Dziewczyna znów przyłapała się na tym, że marzy o ludzkiej krwi. Tymczasem nadeszła noc. Kolejna noc. Noce były najcięższe. Pośród wysokich gałęzi nad dziewczynką przeskoczyła kolejna wiewiórka machając rudą kitą. Ale dziewczynka już nie była głodna. Wystarczy jej już tej wstrętnej krwi. Niebo było czyste, przez liście przebłyskiwały gwiazdy i odległe srebro księżyca. Las szumiał i oddychał tysiącem egzystencji, dla których był domem. Domem?
- Vermiculo?
- Tak, parvulae?
Za dwoma wiązami pojawił się czarny cień. Jednak jego szkarłatne oczy nie były złośliwe ani chciwe. Stały się ludzkie, po prostu, myślące i niemal… miłe. Czarna sierść nie srożyła się. Głos złagodniał, odbijał się miękko od nagich pni. „On się zmienił. Teraz jest inny. Nie jest potworem. A może nigdy nie był? Kto nim był WTEDY?”
- I co będzie dalej?
- Dalej? – W jego głosie dźwięczało niezrozumienie. Co ona od niego znowu chce?
- Tak. Dalej. Do końca życia pozostanę w lesie?
Zapanowała cisza. Pierwszy raz Vermiculo nie miał na coś gotowej odpowiedzi. Gwiazdy lśniły uspokajająco. Las. Ale czy stał się też jej domem? Nie miała pewności, czy zdoła sama odpowiedzieć na to pytanie. Czy kiedykolwiek będzie jej domem? I czym był prawdziwy „dom”?
- Las nigdy nie był domem człowieka. Ludzie nie potrafili na dłużej w nim pozostać. Zawsze musieli coś zmieniać, wycinać, zniszczyć. I już nie było lasu. Była osada. Musieli coś poprawić. Nie było osady. Powstawały wsie, a potem miasta. Las pozostał dla zwierząt. Pytasz, czy do końca tu pozostaniesz. Nie mogę ci odpowiedzieć. To musi być tylko twoja decyzja. Nie mogę podjąć jej za ciebie.
Nie tego się spodziewała. Ale Vermiculo mówił mądrze. Las nie jest miejscem dla ludzi. Może na jakiś czas, ale nie na zawsze. Zawsze wymyślą coś, żeby go „ulepszyć” i nie będzie już lasem. Jednak to zależy od jej postanowienia. Przed oczami stanął jej pokój, którego ściany spłynęły szkarłatem. Krew przepływała jej przez palce, a ona była taka szczęśliwa, jak słyszała ich krzyki. To się nie może powtórzyć.
- Dobrze. To ja będę pierwszym człowiekiem, który stanie się domownikiem lasu! Wiem, że to trudne, ale uda mi się! – Pewność płynęła z każdego jej słowa. Vermiculo zaśmiał się w duchu. Musi się pilnować, żeby nie wyjść z roli. I tak nie będzie musiał długo czekać. - Pomożesz, prawda?
- Tak, oczywiście. – W jego głosie słychać było radość i ciepło. To było takie inne. Takie prawdziwe.
- Obiecaj!
- Dobrze, dobrze: obiecuję! – Śmiał się tak serdecznie, że dziewczynka też się zaśmiała. Jej głos brzmiał tak dziwnie, jakby niósł się z bardzo daleka. Z odległej krainy. Z wyśnionego świata innego niż ten. I dopiero po chwili zrozumiała dlaczego. Czuła zapach. Zapach ludzi. Niemożliwe! Przecież to zupełnie niemożliwe! Jest noc, późno, a oni kręcą się po lesie?! I to w dodatku tak głęboko w lesie. Czyżby… Odwróciła się z przerażeniem do miejsca, gdzie powinien być czarny cień, ale Vermiculo zniknął. Przepadł. Wrócił do je głowy. Siedział zupełnie cicho.
Dziewczynka skuliła się na wilgotnym mchu. Wszystkie jej mięśnie napięły się do granic możliwości a niemal całe ciało chłonęło dźwięki i zapachy. Dwoje, mężczyzna i chłopak. „Dziecko?! Tylko nie dziecko! Błagam!” Śmiali się. Rozgarniali liście kijami szukając czegoś w ściółce. Czuła to szuranie wśród ziemi całą powierzchnią pleców jak łaskotanie. Bardzo nieprzyjemne. Czy zdoła się powstrzymać? Czy może jej nie zauważą? „Boże błagam, niech mnie nie znajdą!” Ciałem dziewczynki wstrząsnął spazm płaczu. Tyle czasu jej się udawało. Nie zniszczy tego teraz. Nie może…
- Tato! Tu ktoś leży!
„Nie, nie, NIE! Idź, uciekaj, natychmiast! O Boże, czy Ty nie widzisz?! Dlaczego mnie tak karzesz? Co ja Ci takiego zrobiłam?! Pozwól im uciec, ja… ten zapach.” On jest wszędzie. Owinął w nieskończoną kombinację pętelek cały las. Nie ważne, gdzie się poruszy, na pewno się w niego zaplącze. A jak już to zrobi nie będzie wyjścia. Już się nie uwolni. Już nigdy.
Dziewczynka podnosi się. Dawniej biała sukienka zwisa z niej w strzępach brudnego materiału. Czarne włosy stoją w kołtunach posklejanych krwią. Na umorusanej twarzy lśnią niczym szmaragdy dwoje dużych oczu. Na nagich ramionach widnieje wiele zadrapań i siniaków. W lesie to się zdarza nawet najlepszym. Na ustach błąka się delikatny uśmiech. Dłonie drżą. Nozdrza chłoną zapachy. Wygląda jak drapieżnik, jak bestia. A czym innym jest? Już na pewno nie człowiekiem. Ludzie tak ze sobą nie postępują. Ludzie nie pragną zabijać. Tylko bestie i potwory… i bogowie. Każdy Bóg, nawet najmilszy i najbardziej miłosierny wymaga śmierci, krwi, zapłaty, odkupienia.
- Wezwij pomoc! – Krzyk mężczyzny w stronę chłopaka. Dziewczynka słyszy go jak przez mgłę. Stoi naprzeciwko niej. Widzi jak pulsuje mu aorta na szyi. Cały świat otoczył zapach. Taki pełny, ale czegoś brakuje. Najsłodszej i najbardziej pożądanej wisienki na torcie.
- Nic ci nie jest? – Te powolne kroki, ręka wyciągnięta ostrożnie do przodu. Jak do zwierzęcia. Dziewczynka oblizuje usta. – Nic ci nie zrobię, nie bój się. – „Ja? Bać się? Ja się nie boję. Tym bardziej ciebie. To ty powinieneś się bać mnie…” - Już dobrze, zabiorę cię do domu…
- Domu..? – Coś zaskoczyło. Jedno wspomnienie. Dom. Czym jest dom? Mgła. Czym jest DOM?
- Tak, do domu. – Dotknął jej głowy. Pozwoliła mu na to. Ten człowiek, dom… Ten człowiek pokaże jej, czym jest dom? Spojrzała na jego twarz. W oczach błyszczała nadzieja. Usta wywinęły się w podkówkę. Mięśnie gotujące się wcześniej do ataku teraz nagle straciły siły. Pod dziewczynką ugięły się nogi. Zemdlała.

***
I znowu tu była. TO zdarzyło się raz jeszcze.
Na czarnym niebie lśnił sierp księżyca. Rozcinał niebo ostrzami ramion. Zanurzał kły w ciemnościach nocy. Widniał niczym uśmiech na twarzy nieba. Szczerzył się złośliwie. Wokół szumiały drzewa. Zza nich dochodził delikatny zapach i rześkość wody. Jezioro. Las, wyłączywszy niewielki wiatr, był cichy. Zbyt cichy… Zwierzęta wyczuły, że potwór znowu jest z nimi.
- Ciekawe, czy już go znaleźli.
- Parvulae, dobrze go ukryliśmy. Znajdą go najwcześniej jutro wieczorem.
Dziewczynka spojrzała na swoje ręce. W słabym księżycowym świetle były całe czarne. Pewnie z twarzą jest tak samo. Tak pachniał, tak pięknie… A kiedy doszedł jeszcze jeden zapach, nie potrafiła się już zatrzymać. Kierował nią instynkt i… głód. Wciąż miała swoją własną świadomość. Pamiętała każdy najmniejszy szczegół. Teraz stojąc w ciszy i chłodzie lasu, kolejnej strasznej nocy czuła się identycznie, jak po TYM. Bezwiednie zaczęła sobie wszystko przypominać. Chwila po chwili.
Obudziła się w środku nocy w nieznanym sobie łóżku, w nieznanych ubraniach, otoczona nieznanymi pluszakami i meblami. Rozejrzała się uważnie. W ciemności widziała jeszcze lepiej niż w nocy, więc nie stanowiło to dla niej żadnego problemu.
Pokoik nie był duży, miał wydłużony kształt. Ściany pomalowano w ciepłe odcienie pastelowych zieleni. Tańczyły na nich barwne postacie z bajek: elfy niosące lampiony, uśmiechające się czarnookie misie i przyjazny gnom z brodą czytający książkę na bujanym fotelu. Łóżko znajdowało się pod ścianą naprzeciwko drzwi dzieląc pokój na dwie równe połowy. W jednym rogu spoglądały na nią ciekawie z półek orzechowego regału rzesze zabawek. Pluszowe misie, koniki, figurki, roboty, skomplikowane i kolorowe budowle z klocków lego. W drugim znajdowało się biurko i ogromne okno na pół ściany. Na skaju niebieskiej pościeli spał chłopiec. I dopiero wtedy dziewczynkę uderzyły zapachy: drewno, las, chłopak. Tak, on pachniał najwyraźniej. Przyjrzała mu się dokładniej. Jasnobrązowa czupryna opadała na pociągłą piegowatą twarz. Spał twardo. Usta zdobił lekki uśmiech, jak gdyby śniło mu się coś bardzo miłego. Oddychał głęboko, jego oddech rytmizował wszystkie odgłosy nocy zza okna. Spokojny, niezakłócony niczym. Był z pewnością starszy od dziewczynki, ale po jego twarzy dało się poznać, że wciąż jest dzieckiem.
Położyła się z powrotem obserwując zielony sufit. Przypomniała sobie mężczyznę, pewnie ojca chłopca. „Zabiorę Cię do domu” Czyli, że może mieć jeszcze dom? Dostaje drugą szansę? Czy ten budynek na skraju lasu stanie się jej prawdziwym domem..? Na odpowiedzi musi poczekać do rana. Teraz wszyscy śpią i ona też powinna. Tak, przypomniała sobie, przecież noc to dla ludzi tylko sen. Nie polowanie. Ludzie nie jedzą w nocy. Uśmiechnęła się lekko. Może to właśnie tu będzie inaczej…
Obudziła się wyspana wraz z trelem pierwszych ptaków. Nie miała żadnych snów. Od dawna nic jej się nie śniło. Słońce za oknem otuliło złotymi promieniami horyzont z drzew. Ciemności nocy odchodziły, na niebie rozpychały się jasne barwy poranka. Chłopak wciąż spał na jej tymczasowym łóżku. Uważnie, żeby go nie obudzić, wyczołgała się spod pościeli i stanęła przed oknem. Słońce barwiło jej przydługą piżamę na przyjazne żółcie i złocienie. Dziewczynka stała z głową odrzuconą do tyłu i z zamkniętymi oczyma rozkoszując się ciepłymi promieniami słońca. Nie zważała na czas, nie zauważyła nawet jak chłopak obudził się, ziewnął przeciągle i stanął tuż za nią.
Myślała. O cieple. O rodzicach, których miała kiedyś i posiadała z nimi tylko jedno bolesne wspomnienie. Jacy byli? Jak im się razem żyło? Dlaczego ich nie pamięta? Czy to sprawka Vermiculo? Wiedziała, że on słyszy jej myśli i troszkę się przestraszyła, ale…
- Pięknie, prawda?
Z zamyślenia wyrwał ją głos chłopaka. Brzmiał miękko, miło i delikatnie. Wiedziała, że się uśmiecha. Nie musiała nawet na niego patrzeć. Był jedną z tych postaci, które nie ukrywają swoich emocji, nie ważne jakby były bolesne czy wstydliwe. Nie, że nie chcą, po prostu nie potrafią. Ludzie mówią na nich „otwarci”.
- Tak.
Cisza nie drażniła. Słońce zawisło wystarczająco wysoko by rozświetlić i napełnić ciepłem cały las, a nawet ten zielony pokój. Dziewczynka wciąż miała zamknięte oczy. Bała się, że ich kolor może przestraszyć chłopaka. Czerwone oczy… nie są raczej na porządku dziennym u ludzi.
- Jestem Max, a ty jak masz na imię?
Cisza przedłużyła się. Imię… Imię! Jak mam na imię?! Co odpowiedź, jeżeli nie wiem?! Przełknęła głośno ślinę i odetchnęła dwukrotnie. „Myśl, myśl! Co odpowiedzieć?! A może… powiedzieć prawdę..?”
- Nie pamiętam.
- Uciekłaś z domu?
- Nie.
Z głębi domu rozległ się niezrozumiały dla niej głos. Nieznany, kobiecy. Chłopak uśmiechnął się lekko podał jej rękę, ale widząc, że dziewczynka wciąż ma zamknięte oczy, zrezygnował. Zaśmiał się lekko i wziął ją na ręce. Ona zdziwiona spojrzała na niego błyszczącymi szkarłatnymi oczami.
- Co robisz?
- Idziemy na śniadanie!
Spojrzał na nią przelotnie i przez chwilę w jego brązowych oczach pojawił się strach. „Ma niezwykły kolor oczu…” Ale tylko przez chwilę. Na powrót uśmiechnął się lekko i zniósł ją po schodach po przytulnej, pełnej oranżów kuchni. Pachniało smażonym jajkiem i herbatą. Znała te zapachy, ale nie potrafiła powiązać ich z przeszłością. Pojawiły się kiedyś na pewno, jednak coś pozwalało jej wiedzieć tylko to.
Przy kuchence krzątała się szczupła kobieta o identycznych włosach, co Max, tyle że związanych w niesfornego kucyka. Miała na sobie świetliście niebieską sukienkę i ozdobiony kolorowymi guzikami pomarańczowy fartuszek. Jak tylko przekroczyli próg kuchni odwróciła się do nich uśmiechając się lekko. Identycznie jak Max. Miała też taką samą piegowatą, podłużną twarz.
- Siadajcie do stołu! – Wymówiła śpiewnie ze wschodnim akcentem. – Śniadanie będzie dosłownie za chwilę.
Max posadził ją przy dużym orzechowym stole. Chłonęła wzrokiem każdy otaczający ją szczegół – małą solniczkę w kształcie sowy, promieniście żółty bieżnik i koronkowe zasłonki. Było tu tak… ciepło. Wszystko tak wyraziście różniło się od białego pomieszczenia, w którym ją przetrzymywano. Coś dziwnie bliskiego emanowało z każdego kąta tego domu. Tak… ciepło. Tak wygląda „dom”?
- Max! Zaprowadź naszego małego gościa do łazienki. Niech się przebierze, dobrze?
- Jasne! - Wykrzyknął z uśmiechem, zaprowadził dziewczynkę do jasnopomarańczowej łazienki i pokazał ubrania. Kiedy wyszedł czarnowłosa ubrała pośpiesznie niebieskie, dżinsowe spodnie, białą bluzeczkę i czarną kurtkę. Wszystko pięknie pachniało lasem. Wszędzie roznosił się ten zapach. Wróciła do kuchni i wgramoliła się na swoje krzesło. Max uśmiechnął się do niej przyjaźnie. „Tu jest tak ciepło…”
Na stole wylądowały z przyjemnym brzdękiem białe talerze z jajecznicą. Chłopak niemal rzucił się na swoją porcję. Kobieta zaśmiała się radośnie. Dziewczynka spojrzała na swoją porcję. Pachniała pięknie, ale ten zapach nie wzbudzał w niej nawet najmniejszego apetytu. Co innego ludzie obecni w kuchni, a szczególnie chłopak siedzący najbliżej niej. Jednak była silna, trzymała bestię na wodzy. Jadła już w nocy, więc głód nie był aż tak doskwierający. Wiedziała, że będzie musiała uciec przed nocą, bo inaczej może się złamać i ich skrzywdzić. A tak już lubiła tą rodzinę. Tacy bliscy, tacy uśmiechnięci. Oni muszą wiedzieć, czym jest „dom”…
- Dlaczego nie jesz? – Spytała kobieta z troską. – Nie lubisz jajecznicy?
Dziewczynka spojrzał na nią z zaskoczeniem. Jej przyjemny i zatroskany głos wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała w niebieskie jak niebo oczy kobiety i zawstydzona zwiesiła głowę. Nie chciała zrobić jej przykrości.
- To nie dlatego. – Odpowiedziała z wyczuwalnym wahaniem i napięciem. – Przepraszam panią bardzo, nie mogę jeść. - Kłamstwo. Mogła jeść, ale nie to, co oni.
Nagle drzwi wejściowe otworzyły się i pomieszczenie wypełnił zapach lasu. Teraz mogła uciec. Gdyby nie stojący w drzwiach wysoki mężczyzna. Ciemnozielona kurtka, sprane dżinsy i ubrudzone buty traperskie uzupełniały ogorzałą, miłą twarz i ciemne włosy. Mężczyzna nosił wąsy rozciągnięta nad radosnym uśmiechem.
- Heeeej! Jak leci? – Ryknął tubalnie. Kobieta roześmiała się. Zaczęli rozmawiać. Niemal cały czas się śmiali. Po chwili chłopak też włączył się do wymiany zdań. O pogodzie, o lesie, o zwierzętach. Gadali tak prawie przez całą godzinę. Czas wcale się nie dłużył, wręcz przeciwnie, wydawało się, że siedzą przy stole dopiero od paru minut. Nagle nastała cisza i mężczyzna spoważniał.
- Znaleźli kolejne martwe zwierzęta. Widocznie bestia jest coraz bliżej nas. – Dziewczynka przyglądała się bacznie mówiącemu. „Bestia? Kolejne zwierzęta? Szukają mnie? A czy znaleźli już… TO?” – Moja sekcja ma jutro wyruszyć na jej poszukiwania.
- Ty? – Z przestrachem zapytała kobieta. – Dlaczego chcesz się narażać?! Nie chcesz chyba skończyć jak tamci nieszczęśnicy!
- Nieszczęśnicy? – Spytała dziewczynka. Zrobiło jej się gorąco. Czyli już wiedzą..? Mogą przez to jakoś ją zidentyfikować! Z łatwością mogą ją znaleźć. Nagle poczuła, że ta bezpieczna przystań domu to pułapka. Instynkt, który wyczulił się dosyć nacząco, podpowiadał, żeby uciekać. Gdzie? Dokąd? Znowu do lasu? Tymczasem patrzyły na nią oczy trojga ludzi. „Rodziny” tak siebie nazywali. A ten budynek był dla nich „domem”. Czy to wszystko kłamstwa? W każdym najmniejszym ruchu zaczęła dostrzegać zagrożenie. Patrzyli się na nią w ciszy. Nikt się nie odezwał. Zauważyli, jaka jest poruszona usłyszaną właśnie informacją. Czekali.
- Nieszczęśnicy?! – Z drżacym głosem wykrzyknęła wstając od stołu. – NIESZCZĘŚNICY! – Wrzasnęła w furii. Chwilę stała mierząc wystraszonych ludzi wściekłymi, czerwonymi oczma. Nagle opuściła o głowę tak, że kotara czarnych włosów zasłoniła jej twarz. I bardzo dobrze. Przez to nikt nie widział, jak Vermiculo uśmiecha się na twarzy dziewczynki, jak przejmuje nad nią kontrolę. Zaśmiała się piskliwie. Widelec na talerzu, pazury na tablicy. Po chwili przemówiła już swoim głosem, ale tak wypranym z emocji, jakby należał do kogoś innego. – Dostali to, na co zasłużyli. Na tym polega venatus. Na tym polega mundi.
- Wszy… wszystko w porządku? – Spytał ostrożnie Max kładąc na chudziutkim ramieniu dziewczynki swoją dłoń. „Ale jest blada! Może na coś choruje? Pewnie to psychika…” Dziewczynka stała chwilę w ciszy. Rodzice Maxa wymienili porozumiewawcze spojrzenia. „Oni coś jej zrobili… Ale co? To byli tacy porządni ludzie! Muchy by nie skrzywdzili!” Obserwowali biernie dziewczynkę będąc w szoku jej wybuchem. I ten ostatni śmiech… I te dziwne słowa… Co mogą oznaczać?
Nagle dziewczynka zaczęła drżeć… płakała. Max podszedł do niej ostrożnie i uklęknął tak, zęby być na równi twarzą z czerwonooką. Uśmiechnął się lekko i przytulił. Dziewczynka nie opierała się. Tylko chwila. Uderzyły w nią wszystkie zapachy chłopaka. Słyszała bicie jego serca i szum krwi płynącej w tętnicy szyjnej. Zbyt blisko. Poczuła przejmujący głód. Przypomniała sobie ten niebiański smak ludzkiej krwi… Oblizała zeschnięte usta. I nagle zdała sobie sprawę, że jeżeli dalej tak będzie się zachowywać, to się nie powstrzyma. Głód. Wyrwała się z objęć chlopaka i ze łzami w oczach wybiegła przez otwarte na ościerz drzwi prosto w las.
Znowu las. Poczuła wokół siebie czyste powietrze. Zapach drzew, liści, trawy, mchu. Zdaleka od ludzi. Od ich krwi. Biegła szybko, pnie migały po bokach zamazując się z prędkości. Dalej, dalej, dalej! Słońce wzeszło już wysoko i zaczyna chylić się ku zachodowi. Zwolniła, pozwoliła swoim myślom bezwiednie galopować. Nie zabije ich, ucieknie, znowu będzie się żywić tylko zwierzętami. I niech mówią na nią jak chcą! Nawet „bestia” będzie znośna, kiedy nie będzie nia naprawdę. Tylko zwierzęta. Żadnych ludzi. Nigdy. Nie chce już więcej widzieć takiego przerażenia w czyichkolwiek oczach. Takiego jak wtedy… Nie! Tylko zwierzęta i już…
- Zaczekaj!
Dziewczynka odwróciła się i przystanęła. Znajdowała się w jarze, wszędzie drzewa, krzewy i mech. Nigdzie krzyczącego. Niegdzie nie widać było Maxa. Rozpoznała go nie tylko przez głos. Czuła jego zapach. W tym czystym, leśnym powietrzu pojawił się… Głodna. Jeść. Nie! Nie można!
Nagle zza krzaków wychynął ludzki kształt. Pochylił się dysząc ciężko i zmęczonym wzrokiem spojrzał w dół. Usmiechnął się radośnie. „NIE! Błagam, uciekaj! Zignoruj mnie, zastrzel, zabij, ucieknij! Cokolwiek! Tylko nie schodź na dół!”
- Tu jesteś! Ach, a już myślałem, że cię nie złapię! – Patrzyła na niego oczami pełnymi głodu. Machinalnie jej wzrok przebiegł na ziemię pod jego stopami. Grunt się obsuwał. Tu było naprawdę stromo. On spadnie. Patrzyła, zaczarowana odpadającymi fragmentami ziemi i przesuwającym się powoli mchem. On spadnie.
Nagle zza pnia potężnego świerku wychylił się czarny łeb. Vermiculo. Natychmiast wszystko przybrało wyostrzone kolory czarno bieli. I tylko czerwone oczy bestii wyróżniały się ze wszystkiego. I jeszcze lekko różowe żyły na szyi Maxa… Ziemia obsunęła się. Chłopak stracił grunt pod nogami. Spadał i krzyczał, przerażony. Zaczepił dłońmi o krzewy. Na gałęziach pozostały przeraźliwie szkarłatne ślady. Rozdarł jeansy o ciernie. Na mchu pozostały czerwone plamki. Turlał się próbując złapać czegokolwiek. Udało mu się chwycić przeschnięty korzeń. Zatrzymał się zaraz przed gwałtownym spadkiem. Tam, pod nim, sterczał odłamany konar. Korzeń nie wytrzyma długo. Chłopak spadnie na korzeń. Zginie tak, czy inaczej, dlaczego więc dziewczynka ma nie skorzystać z jego krwi? Ma się tak zmarnować? Bez żartów! Tyle krwi się marnuje na świecie!
Spadł. Konar przebił jego prawy bok. Zawył z bólu. Ten krzyk w głowie dziewczynki ułożył się w dziwną melodię. Miłą, strasznie miłą. Taka, której nigdy nie zapomni. Vermiculo wyszczerzył się w najokropniejszym ze swoich uśmiechów. Po lesie roznosił się skrzypiący śmiech. Dziewczynka podeszła do Maxa i ostatnim, co zrobi z własnej woli, nieprzymuszonej głodem ni instynktem, było… Nieznośny chrzęst łamanych kości. „Chociaż nie będzie cierpiał. Nie chcę, żeby był przytomny, nie chcę, żeby go bolało…”
Krew jarzyła się szkarłatem na gałęziach, liściach i mchu. Znowu musiała uciekać. Dokąd tym razem? Wiedziała, że nie dotrzyma obietnicy. Smak pozostanie z nią do końca, każdej nocy odnawiany. W dzień byłoby zbyt niebezpiecznie. A miała dziwnie smutne przeczucie, że niedługo będzie mogła cieszyć się życiem. Mordercy, tym bardziej ci notoryczni wiedzą, że na nich też… ktoś może polować.

Do następnego! ^^
Powrót do góry Go down
Prusy

avatar

Male Wiek : 317
Liczba postów : 584
Birthday : 18/01/1701
Join date : 05/04/2013
Skąd : Królewiec

PisanieTemat: Re: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   Nie Cze 02, 2013 8:13 pm

Łaaaaa *zaciesza* Jak fajnie że toś wstawił <333 Wstawiaj wsjo co masz!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   Pon Cze 03, 2013 9:49 am

"lśnią niczym szmaragdy dwoje dużych oczu" Podajże to już drugie takie porównanie i zastanawiam sie...czy innych kamieni jubilerskich nie ma co się błyszczą? Są szafiry, brylanty...a tu akurat szmaragdy. Wiem, ze porównanie jest do samego błyszczenia ale czemu akurat szmaragdy? Ich kolor nawet się nie zgadza z kolorem oczu :I
i w sumie znalazłam trzy błędy no ale... :I To nieważne!
Ważna jest dziewczynka ze schizofrenią hebefreniczną i czitami genetycznymi, która biega po lesie!
Jak już wspomniałam kocham twoje opisy. Są piękne~ Akcja też powoli, powoli ale się rozwija. Czuje się jednak źle z tym iż dziewczynka w Vermiculo dostrzegła przyjaciela. To było takie do przewidzenia...
Oczywiście sam koniec jest dla mnie zagadką jednak przyznam szczerze nie widzę tu happy endu rodem z amerykańskich filmów. Dlatego też czekam na ciąg dalszy a najbardziej na to, co wyniknie z polowań na dziewczynkę.

Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   Pon Cze 03, 2013 2:30 pm

Nie wiem jak to mogło komukolwiek zryć mózg, owszem jest fajne i ciekawe, ale nie straszne oraz psychiczne. Oprócz ciekawości twoja historia wywołała wielką chęć wgryzienia się w coś twardego (nie, to nie głód, gdyby nie to, że jestem najedzony to wgryzłbym się w marchewkę -.- ). Także zauważyłem dużo błędów, ale pewnie są, ponieważ nie sprawdzałeś tego opowiadania przed wstawieniem. Mam nadzieję na więcej krwi i ofiar ludzkich oraz ciekawy rozwój historii. Powodzenia.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   Pon Cze 10, 2013 4:05 pm

Przepraszam za błędy ^^" Czytałem wszystko, a i owszem, nawet parokrotnie, ale do swoich prac zawsze się ma jakąś dozę egoizmu i się niektóre niedociągnięcia odgórnie ignoruje. Mam nadzieję, że w tym to już błędów ni mo...


Rozdział VII

- …pierwsza prawdziwa burza w tym sezonie…
Uciekła. Zostawiła za sobą wspomnienia. Od „wtedy” minęło jedynie kilka godzin. Nieskończenie długich godzin przepełnionych zupełnie niczym. Wciąż miała na sobie krew. Szkarłat stał się dla niej osobliwym rodzajem ubrania. Zatrzymała się idąc przez las, kiedy poczuła zapach ludzi. Wyostrzone zmysły zaalarmowały ją odpowiednio wcześnie. Uodporniła się na zapach. Tylko krew budziła w niej coś… bestię. Tylko krew. Zbliżyła się powoli na bezpieczną odległość stąpając bezszelestnie po suchym runie leśnym. Normalny człowiek zrobiłby w takim wypadku dużo hałasu, ale ona nie była normalna. Drzewa przerzedziły się widocznie, ktoś mógłby ją zobaczyć. Dziewczynka wychodząca z lasu w nowych ubraniach i cała poplamiona krwią raczej nie przywodzi dobrych skojarzeń. Wdrapała się ostrożnie na pobliski dąb. Potężne konary i mocno rozrośnięte gałęzie pokryte gęsto liśćmi dawały odpowiednie schronienie. Z góry roztaczał się dziwny, dawno zapomniany widok. Tu las się kończył, zaczynało coś zupełnie innego.
Miasteczko. Różnorakie bryły kolorowych, wesołych domów poukładanych wokół ulic jeden obok drugiego przypominały z góry śmieszne klocki dla bardzo dużego dziecka. Przed jednym z takich właśnie budynków stały przypięte do poręczy… Cień wspomnienia. Spróbowała je uchwycić, ale ono tylko uśmiechnęło się do niej radośnie i rozpłynęło w zapomnieniu. Pozostawiło po sobie słowo. To „rowery”. Chyba kiedyś jakiś miała. Rower kojarzył się ze szczęściem, bezpieczeństwem. Ten z pozoru zwyczajny obrazek wzbudził w dziewczynce nikłą radość i rozrzewnienie. Taki mały uśmiech losu. Uśmiech o dwu kołach i w wesołym kolorze ramy.
- … dzisiaj. Ostrzegamy przed porywistym wiatrem.
Wyłączyli. Głos urwał się. „Burza”. Kojarzyła się mokro, zimno i jakoś dziwnie strasznie. Burza chyba była niebezpieczna. Mokro… Spojrzała przez liście w niebo. Chmury wisiały nisko nad lasem. Powietrze wokół było bardzo suche i takie… ciężkie. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale teraz miała wrażenie, jakby zaraz, za chwilę cały nieboskłon miał zawalić się akurat na nią. I dobrze, zakończyłby to wszystko. Raz na zawsze. Uśmiechnęła się gorzko do siebie. „Tak nie będzie, prawda Vermiculo? Musisz mnie jeszcze trochę pomęczyć!” Jakby w odpowiedzi rozległ się cichy chichot. Nie odzywał się od „wtedy”. Czasami tylko, tak jak teraz, chichotał złośliwie.
Nie była głodna. Było jej wręcz niedobrze. Nie przez krew, szkarłat napełniał ją słodyczą, szkarłat nadawał temu wszystkiemu niejaki sens… Skarciła się za takie myślenie. Czuła wstręt do samej siebie. Nie za to, co zrobiła, ale KOMU to zrobiła. Mimo tego na samo wspomnienie ludzkiej krwi w ustach wzbierała jej ślina, a oczy błyszczały inaczej.
Nagle z najbliższego domu wyszło dwoje dziwnie ubranych ludzi. Wyglądali bardzo profesjonalnie z dużymi plecakami na stelażach, zapinanych kurtkach z wieloma kieszeniami i ciężko wyglądającymi butami na grubej podeszwie. „Turyści” - zaświtało jej w głowie. Słowa, tyle słów. To na pewno byli oni. Oni byli turystami, chociaż jakby ktoś spytał się jej, co to słowo oznacza, nie potrafiłaby odpowiedzieć. A zresztą, kto chciałby się o cokolwiek pytać dziewczynki siedzącej na drzewie? Nie potrafiła powstrzymać śmiechu i musiała zakryć usta dłońmi, żeby go stłumić. Za tą parką dziwnie ubranych ludzi wyszło kilkoro innych. Kobieta w chustce, białej bluzce i spódnicy w barwne kwiaty oraz mężczyzna w poszarzałej koszuli, dżinsach i kurtce przetartej w bardzo wielu miejscach. Uśmiechali się, a kiedy zza progu wyskoczyła na podwórko trójka roześmianych dzieciaków, ich uśmiech się pogłębił. Turyści mocno z nimi kontrastowali. Zachowywali się sztywno, a po ich postawie dało się poznać, jak bardzo są ważni i jak dużo pieniędzy mają do dyspozycji. Reszta była bardziej naturalna, miła i tak na wskroś pozytywna. Dziewczynce aż przypomniała się poprzednio spotkana rodzina. Czym prędzej odgoniła te myśli.
Turyści weszli do lasu przechodząc dokładnie pod gałęzią, na której to dziewczynka siedziała. Spięła się cała w bezruchu przygotowując do ucieczki lub w najgorszym wypadku… do ataku, ale dziwna parka nie zauważyła jej, mimo tego, że czoła przymali wysoko podniesione. Jakby utrzymywali na nich niewidzialnymi kolumnami ociężałe powietrze na swoim, prawowitym z pewnością miejscu. Ci ludzie jej nie interesowali. Czuła wewnętrznie, że raczej by ich nie polubiła. I w tym momencie usłyszała wesoły śmiech dzieci na pobliskim podwórku. Odwróciła się z zaciekawieniem.
Przyglądała się z ukrycia ich harcom. Tak bardzo kusiło ją, żeby do nich dołączyć. Przecież wciąż jeszcze była dzieckiem. Chciała bawić się z nimi, porozmawiać, pośmiać. Zamiast tego patrzyła ze smutnym uśmiechem obserwując. Czuła się jak cień w noc, duch. Potrzebny po nic, a jak tylko wychyli się choć trochę może przestraszyć, skrzywdzić. Zadrapać pazurami po szkle idealnego świata. Świat bez duchów… Świat bez bestii… Czyż nie byłoby lepiej? Przeciągnęła się i zmieniła pozycję. Jednak na gałęzi nie jest tak wygodnie, szczególnie siedząc wciąż w bezruchu. Odetchnęła głębiej ciężkim powietrzem. Stało się wilgotne, zimne i szorstkie. Burza… Mokro… Musiała stracić dużo czasu na siedzenie i bierne obserwowanie. „Stracić..?” Zrobiło się szaro, chmury poczerniały, a po ich ciemnych, wilgotnych brzuchach prześlizgiwały się białe języki światła. Nagle wiatr zerwał się silniejszy, bardziej porywisty, zadziorny. Trzeba gdzieś się schować…
Z domku wybiegła kobieta i zawołała dzieci do środka. Przez chwilę dziewczynka chciała dołączyć do nich i schować się pod ciepły dach. Chciała zapomnieć, czym jest. Ale wtedy usłyszała radosny głos kobiety przedzierający się jakoś przez wycie wiatru i szum drzew.
- No chodźcie, chodźcie! Prędzej! Czyżbyście chciały, żeby złapała was bestia?
Dziewczynka zerwała się szybko z gałęzi i ze łzami w oczach przeskoczyła na inną, dalszą. Coś ścisnęło ją w sercu. A już prawie zapomniała..! Łzy niekontrolowanie płynęły po policzkach. Zapragnęła nagle przytulić się do kogoś, wypłakać. Mieć DOM. Dom z marzeń. Ześlizgnęła się powoli i ostrożnie z pnia drzewa, na którego gałęzi wylądowała i uciekła suchym runem leśnym. Liście i igły szeleściły jej pod stopami. Nie dbała o to, czy ktoś ją usłyszy. I tak jej przecież nie dogonią. Więc po co się starać! Vermiculo zachichotał złośliwie w jej głowie. Już nie musi udawać miłego wujka, przyjaciela. Wie, że jeżeli zacząłby dziewczynka i tak by mu uwierzyła. Jest słaba psychicznie, to takie jeszcze dziecko! Potwór zaśmiewał się z jej łez i przez to płakała jeszcze bardziej. Taka słaba!
Nagle wiatr uderzył mocniej w drzewa, przez niebo spełzł do ziemi gdzieś niedaleko wraz z głośnym grzmotem piorun, a chmury odetchnęły z szumem i opuściły na las deszcz. Przez czerń wiszącą u góry przetaczały się z chrzęstem elektryczności błyskawice ukazując światu choć na kilka chwil swoją władzę i siłę. Niszczycielską i odbierającą życie. Dziewczynka biegła przed siebie patrząc się w dół. Łzy mieszały się z deszczem. Słone krople wpływały do ust i drapały gardło wzmacniając głód. Teraz go poczuła. Teraz, gdy osłabiła się rozpaczą. Włosy oblepiły twarz czarnymi, mokrymi ramionami. Bała się, płakała, była głodna. Chciała uciec od burzy, uciec od wszystkiego. Bez sił upadła na mokry mech i zwiesiła głowę. Potok łez zatrzymał się, odgarnęła z twarzy mokre kosmyki, podniosła głowę do góry sycąc się deszczem. Na jej niby to dziecięcej twarzy wykwitł uśmiech pełen rozkoszy, oczy zmrużyły się chłonąc czas wyczekiwania. Las był dla niej szczęściem i przekleństwem. Miejscem łowów.
Dziewczynka schowała się, przecież chciała się schować! Dziewczynka chciała zapomnieć, niech teraz zapomina! Vermiculo uśmiechał się szeroko chowając jednak kły. Są blisko, niech wpadną tylko w jego sidła, wtedy będzie im dane zobaczyć pełny uśmiech potwora. Wreszcie mu się udało! Wreszcie przejął kontrolę! Szkarłat i Vermiculo są tym samym. Tylko czekają aby złączyć się razem w tej przecudownej grze w chowanego. „Szukam!” Ale przecież nawet nie musi szukać! Ofiary przychodzą do niego same! Tak to pięknie wymyślił, tak cudownie poukładał. Aż sam był z siebie dumny. Był dumny i głodny.
- Hej! Pośpiesz się, bo zmokniemy! – Rozległ się głos. „Turyści”. Vermiculo prychnął. Nie, nie turyści… a jedzenie. Kolor, smak, zapach ludzkiej krwi. Jedyne w swoim rodzaju. On chciał się w nich pławić. On chce mieć je na wyłączność. Jeżeli dziecko nie będzie mu przeszkadzać, to się uda. Ale mimo tego, że dziewczynka jest słaba wciąż ma dużą władzę nad nim i ciałem, które dzielą. Trzeba to zmienić, zanim coś ją złamie i znów się pokarze. Być może nawet będzie chciała kary dla siebie! Być może wszystko zniszczy! Denerwowała go ta głupia bezsilność. Musi się pozbyć tego dziecka. Tylko jak by tu…
- Nie widzisz, że biegnę?! – Vermiculo westchnął. Dziewczynka podniosła się z klęczek i zmierzała powoli w stronę głosów. Bo przecież nie będzie na nich czekał! Takie ślamazarne te stworzenia, takie mało użyteczne… Powietrze przeciął grzmot i rozświetlił bladym blaskiem twarz dziewczynki. Widniała na niej irytacja i zniecierpliwienie, oczy zalśniły głodem. Szła powoli, umęczonym krokiem. „Nie będę na was czekać, głupie stworzenia!”
- No jakoś nie..! – Urwał i zatrzymał się w pół kroku. Przed nim, w odległości jakiś trzech, czterech metrów stało dziecko. Tknął go jakiś niewytłumaczalny niepokój. Usiadł sobie obok ucha, jak chochlik i szeptał, śmiał się i wciąż szeptał. Opowiadał bez sensu i wymyślał. Przecież to tylko jakiś dzieciak! Co takie nic może mu zrobić? Nagle z tych rozmyślań wyrwała go jego towarzyszka wpadając mu wprost na plecy. Odwrócił się chlapiąc wokół mokrymi od deszczu włosami. – Głupia! Co robisz, do jasnej cholery?!
- Nie wiem, jak ty, – Odpowiedziała zjadliwie wykrzywiając po swojemu twarz. – ale ja nie mam najmniejszej ochoty się przeziębić! – Fuknęła i wyjrzała ciekawie zza jego pleców zastanawiając się nad powodem tego niespodziewanego postoju. Deszcz jakby zelżał, ale nie na tyle by móc na dłużej zostać w lesie. Tym bardziej, że burza wciąż szalała. Jakby na potwierdzenie tych słów gdzieś niedaleko piorun uderzył w drzewo i po lesie rozległ się trzask łamania potężnego pnia i huk jego upadku. Nie podniesie się, pozostanie tam na zawsze powalony przez kapryśne wyładowanie elektryczności. Kobieta dostrzegła dziewczynkę, patrzyła się na nich szeroko otwartymi, szkarłatnymi oczami. Chwila… szkarłatnymi? A takie to nie przypadkiem tylko w bajkach..?
- Hej! – Oczy jakby zahipnotyzowały ją. Podejdź bliżej… -Zdawały się mówić.- Podejdź, przecież nic ci nie zrobię. Cóż mogłabym ci zrobić..? W lesie, gdzie nikt cię nie słyszy. W lesie, który mógłby być twoją pułapką… Zrobiła krok do przodu i dopadł ją ten sam niepokój, co jej towarzysza. Chochlik, bezwiednie również pomyślała o chochliku. – Masz niezwykły kolor oczu, wiesz?
- Wiem! – Dziewczynka uśmiechnęła się, ale jej oczy wciąż miały ten sam wyraz. Podejdź… Boisz się? Mnie..? Patrzyła się na nich, jakby czekając czegoś. Czarne włosy obkleiły jej twarz. Wyglądała biednie i w jakiś sposób uroczo, ale nawet nie wzdrygnęła się na dźwięk grzmotu, nawet nie mrugnęła. „Chochlik”… Coś było z nią nie tak jak być powinno. Tylko co?
- Co tu robisz? – Odezwała się niepewnie turystka. Niepokój rósł, chochlik tańczył jej na ramieniu i chichotał złośliwie. Próbowała uśmiechać się do dziecka i tłumaczyć sobie to dziwne uczucie burzą. Tylko burzą. Wiatr nad ich głowami nieprzerwanie czesał wyrywające się wciąż i nieposkromione gałęzie drzew.
- Czekałam. – Teraz nawet oczy jej się uśmiechnęły. Ale inaczej. Drapieżnie, zjadliwie. Chochlik przeszedł do serca i zaczął skakać. Turyści zgodnie cofnęli się o krok.
- A… - Wyjąkał mężczyzna. Przełknął ślinę. –A na co czekasz? – Roześmiał się nerwowo. Coraz bardziej bał się tego dziecka. Z kolejnym słowem dziewczynki jego chochlik podskoczył razem z sercem aż do gardła i zrobił widowiskowe salto. Czarnowłosa uśmiechnęła się szeroko mrużąc oczy i przekrzywiając głowę, jakby widziała te popisy stworzenia-niepokoju.
- Na was! – Wypowiedziała ze śmiechem a jej głos brzmiał jakby ktoś łamał pazury na szkolnej tablicy. Dziewczynka ze śmiechem podbiegła do turystów i rzuciła się na nich. Kobieta zaczęła krzyczeć, rozległ się kolejny grzmot, tym razem dalej, burza powoli odchodziła. Wyraz twarzy dziecka zmienił się. Teraz wyrażał skrajną irytację. Przewróciła kobietę na ziemię i zacisnęła dłoń na jej szczęce.
- Zamknij się, mortus. Twój krzyk poniósłby się po lesie. Chcesz żeby Vermiculo zabił kogoś jeszcze?
Kobieta w przerażeniu zaprzeczyła głową. Nie miała pojęcia, kim jest Vermiculo ani dlaczego miałby kogoś zabić. Ona… Przecież to tylko dziecko! Jej towarzysz chwilę przyglądał się dziewczynce w szoku, ale po chwili zebrał się w sobie i próbował oderwać ją od leżącej. Dziecko ze śmiechem rzuciło się z kolei na mężczyznę. Vermiculo zaczął swoją zabawę. Ofiary jak zwykle wyrywały się, walczyły, ale co to dla niego? On lubi się bawić. Kocha wprost ból. Nie ważne czy kogoś innego, czy swój. Znalazł dwie kolejne osoby! Kto następny przegra? Gra w chowanego wciąż trwa, ale za potworem wyruszyły już pościgi… A potwór czeka tylko aż go znajdą. Będzie dawał im wskazówki. Oto pierwsza! Wywlókł ciała na plaże pobliskiego jeziora.

- Szukaj mnie!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: "W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)   

Powrót do góry Go down
 
"W chowanego ze Szkarłatem" (UWAGA! CHORE!)
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» [UWAGA SPOILERY] WASZE WRAŻENIA PO FILMIE [UWAGA SPOILERY]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Moda na Mafię :: 
 :: 
Wasze prace
-
Skocz do: