ZAPRASZAMY DO REJESTRACJI C:
 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Piękny obraz

Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Piękny obraz   Nie Wrz 08, 2013 7:51 pm

Wstawiam to tu, bo Prusio mnie do tego zachęcił *kij z tym, że nie związane z Hetalią, ale to nigdy nie pisze ff*. Mam nadzieję, że się spodoba. Akcja dzieje się w Londynie i nie jest oparta na faktach ^^

Opowiem wam historię pewnego chłopca. Dość niezwykłego chłopca, jednakże inni postrzegali go troszku inaczej. A na imię mu było William.

-I znów pada...- Wyglądałem przez okno jednocześnie wzdychając. Nudziło mi się, nie mogłem iść na  boisko z chłopakami, pojechać do Sam'a, do tego jeszcze była burza, więc odcięli nam prąd... Normalnie wspaniale... Cieszyłem się tak strasznie, że aż cała chęć do życia mi uciekła, bo czyż patrzenie na spadające z nieba skroplone chmury nie jest cudowne? Według mnie ta... nie! Przyglądałem się jak powstają na kałużach kręgi. Nagle zauważyłem, że po chodniku idzie dziewczyna z czarnym parasolem. Miała długie, lekko pofalowane, ciemnobrązowe włosy, jasną i zapewne gładką skórę, żółtą kurtkę i jeansy. Po chwili przystanęła i odwróciła się do mnie twarzą. Wpatrywałem się w nią, a jej oczy skierowały się na mnie. Uśmiechnęła się nieśmiało, to był naprawdę piękny uśmiech. Malinowe usta wykrzywione leciutko w górę wspaniale wyglądały na jasnokremowej skórze, mały, zgrabny nosek, lekko rumiane policzki, duże, ciemne oczy i cienkie, brązowe brwi, a to wszystko otulone kosmykami zapewne mocnych, ciemnych włosów, które drobne palce zakładały za ucho. Gdy rozszerzył się jej uśmiech i przygryzła lekko dolną wargę, zrozumiałem, że ciągle się w nią wpatruję jak zaczarowany. Zarumieniłem się mocno, a ona się zaśmiała. Uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. Po chwili spojrzała na komórkę i posmutniała, pewnie musiała już iść. Odwróciła się i ruszyła dalej. Miałem nadzieję, że ją jeszcze kiedyś spotkam. Jednakże od tamtego czasu dręczyło mnie wrażenie, że już ją gdzieś widziałem, ale za Chiny Ruskie (Powodzenia Ivaś ^^ ) nie mogłem sobie przypomnieć gdzie... Przez następne kilka dni jej nie spotkałem. Chciałem choć jeszcze raz zobaczyć ją przed zakończeniem letnich wakacji, jednakże te ostatnie dni przyniosły tylko deszcz i senność. Straciłem nadzieję na ponowne spotkanie. Sądziłem, że na pewno nie pójdzie do mojej szkoły, koniec wakacji nigdy nie przynosi czegoś dobrego... Przynajmniej tak uważałem nim wszedłem do sali. Obok pana Stevensa stała nawa uczennica, a była nią ta sama dziewczyna, którą zobaczyłem przez okno. Powiedział, że przeniosła się z innej szkoły.
- Nazywam się Caroline Blake i mam 14 lat - uśmiechnęła się do nas , a po chwili pan Stevens kazał jej usiąść w ławce przede mną.
Początkowo bałem się do niej zagadać, jednakże szybko udało mi się zebrać na odwagę i coś powiedzieć. Dobrze się dogadywaliśmy, a czas mijał nam przyjemnie. Niedługo później staliśmy się dobrymi przyjaciółmi, a nasze uczucia do siebie rozwijały i nasilały się wraz z wiekiem. Nawet nie zauważyliśmy jak minęły dwa lata. W noc sylwestrową wyznałem jej miłość i pocałowaliśmy się po raz pierwszy. Były to wspaniałe chwile. Siedzieliśmy na ławce nad Tamizą i całowaliśmy, gdy nagle wypuszczono fajerwerki. Zapewne wyglądało to jak na obrazku, który widziałem w internecie. Kolejne dni również szybko mijały, aż przyszła deszczowa wiosna i przerwa wiosenna. Caroline miała wyjechać do wujka. Pod koniec przerwy wieczorem gdy już przysypiałem nad książką zadzwoniła do mnie policja. Dowiedzieli się od cioci Caroline, że jestem jej chłopakiem. Powiedzieli poważnym, współczującym tonem, że gdy wracała z rodziną od wujka miała wypadek. Przejeżdżając przez most wpadli w poślizg. Uderzyli w barierkę, a po chwili głęboka woda pochłonęła pojazd. Niedługo później rozpoczęto akcję ratunkową, jednakże po wyłowieniu samochodu wszyscy byli już martwi. Nie uwierzyłem w to. Pomyślałem, że jej brat znowu robi mi kawał. On bardzo lubiła takie żarty i często je na mnie testował. Rozłączyłem się i położyłem do łóżka. Następnego dnia normalnie przyszedłem do szkoły, jednakże wciąż dręczyła mnie wczorajsza rozmowa. Nie wierzyłem w słowa "policjanta", ale mimo to dręczyły mnie przez całą noc i nie mogłem spać. Po wejściu do sali nie widziałem Caroline, nie było jej tego dnia na żadnej lekcji. Zacząłem się bać. "Co jeśli to była prawda? Jeśli ona na serio nie żyje?" dręczyły mnie te pytania przez cały tydzień. Zaczynałem się załamywać, w nocy nie mogłem spać, a w dzień byłem kłębkiem nerwów. Cała energia życiowa jakby ze mnie uleciała, nie potrafiłem nic zrobić, wszystko wypadało mi z rąk. Często płakałem i czułem się pusty. Miałem wrażenie jakby moje życie się zawaliło, plany na przyszłość zostały zniszczone, a sens mojego istnienia zniknął na zawsze.
W następnym tygodniu zobaczyłem ją, bardzo się ucieszyłem. Powiedziała, że zachorowała i dlatego nie przyszła do szkoły. Niektórzy koledzy z klasy dziwnie na mnie patrzyli, a dziewczyny cośtam do siebie szeptały. Jednakże olałem to wciąż radując się powrotem ukochanej. Mijały kolejne dni, coraz mniej chłopaków się na mnie gapiło, a koleżanki przestały szeptać do siebie. Pewnego dnia gdy wróciłem do domu podsłuchałem rozmowę mamy z jej koleżankami.
-Wesz co, Ann, moja córka co przyjdzie ze szkoły to mówi, że twój syn ciągle gada nagłos do powietrza...
-Will gada do powietrza? Nigdy w domu tak nie robił...
Co najdziwniejsze, wydaje się jakby mówił do tej dziewczyny co zmarła kilka miesięcy temu. Jak ona miała? To chyba była jego dziewczyna...
-Caroline Blake?
-Tak! Jakby zwracał się do Caroline.
-A mi Phil mówił, że gdy ostatnio pytał się Will'a czy zagra z nimi w piłkę odpowiedział, że nie może, bo idzie gdzieś z Caroline. A gdy zapytali z jaką Caroline, to zdziwił się, że nie pamiętają imienia i nazwiska koleżanki z klasy...
-Hmm... To rzeczywiście dziwne, porozmawiam z nim o tym.
Złość się we mnie gotowała. One twierdziły, że Caroline nie żyje, a prawda była inna. Miałem ochotę tam wbiec i wykrzyczeć co o tym myślę.
-Może powinnaś zabrać go do psychologa?
To było już przegięcie. Wpadłem tam jak strzała i zacząłem krzyczeć.
-CAROLINE ŻYJE! ONI WSZYSCY KŁAMIĄ! CHCĄ TYLKO  BYM WYSZEDŁ NA ŚWIRA!!!
Stałem tam na środku pokoju z zaciśniętymi pięściami i miałem wrażenie jakby mi dymiło z uszu. Tak bardzo się na nie wściekłem. No bo jak mogły tak kłamać mojej matce w żywe oczy? Przecież Caroline żyje i ma się dobrze. Codziennie ją widuję i razem gdzieś spacerujemy, dużo rozmawiamy, całujemy się, trzymamy za ręce... Gdyby to mi się tylko zdawało to przecież nie czułbym jej dotyku. A skoro czuję to oznacza, że ona jest, a oni łżą...
Wybiegłem z domu nawet nie wiedząc dokąd zmierzam. Po prostu dałem się moim nogą ponieść. Niedługo później zauważyłem park. Zwolniłem do truchtu, który po chwili przerodził się w zwykły marsz. Pod jednym z drzew zauważyłem ją, Caroline. Podszedłem do niej, usiadłem obok i opowiedziałem o wszystkim co się stało. A gdy nastała cisza postanowiłem ją zakończyć.
-Oni łżą, prawda?
Nie odpowiedziała mi. Więc zapytałem ponownie.
-Ty żyjesz, mam rację?
-Tak, tak. - uśmiechnęła się zakłopotana – Przepraszam, zamyśliłam się, hehe...
Zacząłem się wpatrywać w trawnik. Po chwili zobaczyłem kątem oka jak Caroline sprawdza coś na komórce. A tuż po tym dała mi buziaka w policzek.
-Muszę już iść, papa – uśmiechnęła się i wstała.
-Pa – Pomachałem jej na pożegnanie, a ona mi odmachała.
Gdy zniknęła z mojego pola widzenia również wstałem i ruszyłem w stronę swojego domu.
Przez następne dni moja mama pytała się moich znajomych oraz po dostaniu telefonu do wujostwa Caroline wypytała ich o wypadek. Niedługo później zawiozła mnie do psychologa. Miałem jeździć tam z rodzicami raz na tydzień. Rodzice bardzo się przestraszyli, gdy psycholog zaproponował schizofrenię, a ja wciąż się upierałem, że wszyscy wokół mnie kłamią. Kilka dni po pierwszym spotkaniu, gdy odrabiałem w kuchni lekcje, mama piekła kurczaka w kuchence. Poszła na górę zrobić pranie. Po 30 minutach zrobiło mi się jakoś tak dziwnie gorąco, a następnie mój nos zaczął wypalać ostry smród spalenizny. Podniosłem głowę znad zeszytu i zauważyłem ogień. Zamarłem. Cała kuchnia była ozdobiona czerwienią płomieni. Szybko zerwałem się z krzesła i pobiegłem na górę wrzeszcząc "PALI SIĘ!" najgłośniej jak tylko potrafiłem. Mama spojrzała na mnie przestraszona.
-Co się pali?
-Kuchnia! Cała nasza kuchnia stoi w ogniu! Trzeba zadzwonić po straż nim się całkiem rozprzestrzeni!!
Rodzicielka szybko zbiegła na dół, w końcu tam był nasz telefon. Po chwili usłyszałem jak mnie woła. Przybiegłem do niej, a ona stała przy stole.
-Wytłumacz mi to - Wskazała na nienaruszoną kuchnię.
-A-ale... jeszcze przed chwilą cała się paliła... - Spojrzała na mnie zmartwiona. - Naprawdę! Widziałem jak płonęła! W dodatku śmierdziało spalenizną!
-No to czemu...
-Nie wiem!
-Z tobą chyba naprawdę jest źle - Wyszeptała, klepnęła mnie w ramię, gdy przechodziła obok i skierowała się ku górze.
Po kolejnym spotkaniu psycholożka dała mi receptę na leki, które powinienem brać. Przez kolejne dni grzecznie połykałem tabletki, jednakże efekt jaki dawały nie podobał mi się. Przez nie nie widywałem już Caroline, chociaż tak strasznie pragnąłem ją zobaczyć, przytulić, pocałować. Jakiś czas spokojnie to znosiłem, potem po kryjomu przestałem brać leki. Podziałało. Znów mogłem pogadać z Caroline. Niedługo jednak zauważyłem zmiany, oprócz mojej ukochanej widziałem różne dziwne rzeczy, rośliny i zwierzęta, których u nas nie ma. Np. lew w parku, krokodyle w Tamizie albo jeszcze zorzę polarną na niebie. Słyszałem jakiś szept, który brzmiał jak głos mojej ukochanej. Rodzice zauważyli moje dziwne zachowanie, psycholog również. Próbował przekonać mnie do powrócenia do tabletek, jednakże ja się nie dałem. Krzyczałem, że odbierają mi one Caroline.
Pewnego dnia przyjechali jacyś ludzie i chcieli bym z nimi gdzieś pojechał. Starali mi założyć kaftam bezpieczeństwa. Ale wyrwałem im się. Wybiegłem z domu i dałem się ponieść nogom. Szybko dotarłem do domu mojej ukochanej. Stała przed nim tabliczka z napisem "Do zburzenia". Wtargnąłem do środka i ukryłem w pokoju Caroline. Zacząłem się zastanawiać kim byli ci ludzie i po chwili przypomniała mi się wczorajsza rozmowa rodziców. To byli pracownicy psychiatryka. Chcieli mnie tam zamknąć? To po to był im ten kaftan...
Zaczęło się ściemniać, niestety wyłączyli prąd. Szukałem w kuchni jakiejś latarki lub czegoś innego dającego światło. Znalazłem świeczki i zapałki. Jedną zapaliłem w kuchni, a drugą zaniosłem do "swojej kryjówki". Skuliłem się w świetle jej ognia. Niedługo później usłyszałem miauknięcie kota i łomot. Pewnie coś zrzucił. Po jakimś czasie poczułem dym, stwierdziłem, że tylko mi się wydaje. Jednakże stawał się on coraz bardziej dokuczliwy, a ja zacząłem się dusić. Trochę się przez to miotałem i przypadkowo przewróciłem świeczkę. Przeturlała się do komody, a po kilku minutach cały mebel był już ubrany w czerwień płomieni. Ogień szybko się rozprzestrzenił i pół pokoju było zalane czerwienią. Miałem coraz to większe problemy ze złapaniem oddechu, ale przestałem się wiercić. Obok mnie pojawiła się Caroline, gładziła moje włosy i mówiła, że już wszystko jest dobrze, że niedługo nikt nie będzie mógł nas rozdzielić i zostaniemy razem na zawsze. Wpatrywałem się na nią ze spokojem. Brak powietrza przestał mi przeszkadzać, a powieki same mi się zamykały. Stawałem się coraz bardziej śpiący. Gdy płomienie były tuż obok poddałem się i zasnąłem.

Gdy przyjechała straż pożarna cały dom stał już w płomieniach, było za późno dla domu oraz chłopca. Leżał martwy na podłodze w pokoiku na piętrze. A na jego ustach widniał uśmiech. Strażacy mimo wszystko próbowali ugasić ogień, ale budynek się zawalił. A chłopiec spłonął szczęśliwy. Całe zdarzenie odbiło się na jego rodzicach. Ojciec skoczył z mostu, matka się powiesiła, a młodszy braciszek podciął sobie żyły i wykrwawił na śmierć. Po kilku tygodniach zaniepokojeni sąsiedzi ujrzeli w domu dwa gnijące ciała, a trzeciego nigdy nie odnaleziono...
Powrót do góry Go down
 
Piękny obraz
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Obraz Cliodne

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Moda na Mafię :: 
-
Skocz do: